Recenzja filmu "Imagine"

Autor: Redil

Do polskich kin wszedł niedawno najnowszy film Andrzeja Jakimowskiego, reżysera takich obrazów jak Zmruż oczy czy Sztuczki. Jego kino zdaje się akcentować wyjątkowość człowieka i jego metafizyczną zdolność postrzegania otoczenia. Jakimowski skrupulatnie buduje na ekranie świat wokół swoich bohaterów, podkreślając rzeczywistość widzianą ich oczami. Nie wychodzi ponad to, co dotyczy ich bezpośrednio. To samo ma miejsce również w międzynarodowej produkcji Imagine.

Jest to historia ociemniałego nauczyciela Iana (Edward Hogg), który przybywa do ośrodka dla niewidomych w Lizbonie. Ze względu na swoje nowatorskie metody działania (echolokację) ma problemy z akceptacją nie tylko przez zarządców ośrodka, ale również niedowierzających w jego ślepotę podwładnych.

Ian to nie tylko nauczyciel, ale również wychowawca. Pozwala on dojrzewać swoim podopiecznym. Pokazuje im, że problemem nie jest brak wzroku, ale brak wiary we własne możliwości. Aby życie nabrało smaku, wystarczy jedynie trochę pewności siebie oraz uwolnienie się od nadopiekuńczości przełożonych. To oni wmawiają niewidomym, że brak wzroku jest dla nich kalectwem i dlatego muszą w pełni podporządkować się ich opiece. Ian daje nowym znajomym powód do tego, by mogli się czuć ludźmi, ba, nawet kimś kto „widzi” więcej niż niejeden zdrowy człowiek.

Historia zawiera w sobie również wątek romantyczny, a właściwie przedstawia uczucie, które dopiero zaczyna kiełkować, nabierać wyrazu. Między Ianem a również niewidomą Evą (Alexandra Maria Lara) rodzi się subtelna więź, znakomicie poprowadzona przez reżysera, pozbawiona niepotrzebnych wybuchów emocji. Dzięki wykorzystaniu oryginalnych oraz pomysłowych środków, Jakimowski przedstawia zwyczajną relację w niezwykły sposób. Ważny jest humor, tak charakterystyczny dla autora, który nawet gorzkie wydarzenia potrafi przedstawić w pełen uroku sposób. Narracja od początku do końca podąża jednym, stonowanym rytmem, wzbogaconym klimatyczną muzyką Tomasza Gąssowskiego.

Symboliczna jest końcowa scena, w której wyostrzone zostało to, co przez cały film chce przekazać reżyser. Jakimowski udowadnia, że aby ujrzeć całą rzeczywistość, nie wystarczy nam pięć zewnętrznych zmysłów, tak jak u zwierząt. W Sztuczkach mieliśmy do czynienia z pomysłowością, pomagającą nam kreować wydarzenia na scenie. Tu natomiast Jakimowski przesuwa akcent i podkreśla, że tym, co ponad zmysłami, jest wyobraźnia. Dzięki niej widzimy rzeczy oraz wydarzenia często niezauważalne dla tych, którzy posiadają wzrok. W tym kontekście znakomicie prezentuje się praca operatora Adama Bajerskiego. Narzuca on nam odrobinę ograniczoną wizję otoczenia. W rezultacie, aby w pełni cieszyć się urokami tej produkcji, również widz musi wysilić swoją wyobraźnię, dzięki czemu można ujrzeć to, czego nie pokaże kamera.

Jest to więc film nie tylko opowiadający o dojrzewaniu i szukaniu zaradności w trudnym życiu, ale także ukazujący prostą prawdę, że kalectwo to tak naprawdę stan ducha, a nie fizyczna przypadłość. Przypomina trochę Zapach kobiety, gdzie Al Pacino – niewidomy emerytowany pułkownik – przekazuje męskość i uczy zaradności widzącego, ale nieśmiałego studenta. Właśnie taką pewnością siebie Jakimowski chce natchnąć widza.


blog comments powered by Disqus