"Inferno" - dwugłos recenzencki na temat filmu

Słaba powtórka z rozrywki 

Nazwiska Toma Hanksa i Dana Browna po raz kolejny kuszą na plakacie filmowym. To już trzecia odsłona przygód Roberta Langdona uwikłanego w śmiertelnie niebezpieczną intrygę z zagadkami historycznymi w tle. Wartka akcja i intrygujący scenariusz – oparty na bestsellerowych powieściach – były gwarancją przyzwoitego kina. Korni i Mateusz są wyjątkowo zgodni, w wypadku Inferno, trzeci raz tej sztuki powtórzyć się nie udało.

Zagubieni w czasie

Fani twórczości Dana Browna z pewnością czekali na moment ekranizacji kolejnej jego powieści. Trzeba przyznać, że poprzednie próby były całkiem udane. Zarówno Kod da Vinci, jak i Anioły i Demony niosły ze sobą element zaskoczenia, a fabuła była poprowadzona wiarygodnie. Tym bardziej widz miał prawo – po dwóch tak zgrabnie nakręconych filmach – oczekiwać kolejnego, utrzymanego na podobnym poziomie. Inferno pozostało jednak daleko w tyle za swoimi poprzednikami.

Znów dostajemy Toma Hanksa w roli zbawiciela świata. Tym razem musi on uratować ludzkość przed epidemią śmiertelnego wirusa. W tym wypadku jego genialny umysł może jednak nie wystarczyć. Profesor doznał poważnego urazu głowy i zupełnie pogubił się między jawą a snem. Odbiór rzeczywistości zaburzają mu makabryczne wizje piekła i luki w pamięci.

Odkrywanie zagadki poprzez próby odtworzenia wcześniejszych poczynań profesora to ciekawy zabieg na poprowadzenie fabuły. Niestety, intrygujących tropów i łamigłówek do rozszyfrowania jest znacznie mniej niż w poprzednich częściach przygód Langdona. Razem z towarzyszącą mu Sienną (Felicity Jones) Robert w sekundę odczytuje ukryte znaki i - uciekając kolejnymi sekretnymi drzwiami przed ścigającą ich policją - w mgnieniu oka przeskakuje do następnej zagadki. Wszystkie tajemnice wydają się być bardzo naciągane, choć niezwykle szybkie przemieszczanie się bohaterów daje nam przynajmniej wrażenie wartkiej akcji. Nie trzeba być jednak historykiem sztuki, żeby nie dać wiary w odkrywanie tajemnego kodu, ukrytego setki lat przed światem, tylko za pomocą szmatki i zwykłej wody.

Najsłabszą stroną filmu, prócz braku wiarygodności, jest jego fabuła. O ile szalony miliarder, pragnący unicestwić ludzkość, jest znanym i akceptowanym przed widzów pomysłem z innych produkcji, to wątki miłosne, które są na siłę wciśnięte w sensacyjną fabułę, tylko jej szkodzą. Pojawiająca się nagle postać dr Elizabeth Sinskey (Sidse Babett Knudsen) nie wnosi nic do treści filmu, a sceny z nią i profesorem są wrzucone bezsensownie jako przerywnik akcji. Na dodatek z tych romantycznych uniesień nic nie wynika – żadnego morału ani szczęśliwego zakończenia nie dostaniemy.

Inferno nie spełnia pokładanych w nim nadziei, a szkoda, bo brakuje nam w filmowym repertuarze dobrego filmu przygodowego, który - dzięki nawiązaniu do tajemnic kultury - intrygowałby widza. Nie poruszy nas także głoszona przez szalonego milionera wizja zagłady ludzkości, jaką rzekomo sami sobie zgotujemy. Mogło być mocniej, ciekawiej, a jest miernie i bez emocji.

Kornelia Mielczarek

Odgrzewany kotlet

Tegoroczny sezon filmowy to prawdziwa plaga odgrzewanych kotletów. W kinach pojawiło się mnóstwo nikomu niepotrzebnych sequeli, które zawodziły żenującym poziomem oraz wtórnością pomysłów, a co za tym idzie - fatalnymi wynikami finansowymi. Nie inaczej było w przypadku Inferno

Trzecia odsłona filmowych przygód Roberta Langdona to klasyczny przykład nachalnego sequela i topornego skoku na kasę. Obraz Rona Howarda jest równie błyskotliwy, co karetka na sygnale. Razi fatalną i niezwykle przewidywalną intrygą, którą średnio rozgarnięty widz jest w stanie przejrzeć po 20 minutach seansu. Napięcia jest tu tyle, co w kolejnych odcinkach Komisarza Alexa. Owszem, bohaterowie spotykają na swojej drodze pewne zagrożenia i złowrogich łotrów (równie nieprzekonujących, co źle napisanych), ale w gruncie rzeczy wydarzenia rozgrywające się na ekranie obserwujemy z pewnym dystansem i brakiem zaangażowania.

Najgorszy jest jednak fakt, że twórcy słabo przygotowali się do nakręcenia filmu. Można wiele zarzucić Kodowi da Vinci oraz Aniołom i demonom, jednak były to obrazy szalenie wciągające, urozmaicone zaskakującymi twistami fabularnymi oraz udekorowane fantastycznymi ciekawostkami historycznymi. Robert Langdon stanowił natomiast nową wersję Indiany Jonesa. Niestety, tego wszystkiego zabrakło w Inferno, które niechlubnie wyróżnia się brakiem logiki fabularnej, przerysowaniem postaci oraz miernymi nawiązaniami do twórczości Dantego. Nie zachwyca również wizualna strona produkcji.

Inferno to filmowa pomyłka, która nigdy nie powinna ujrzeć światła dziennego. Nudny, przewidywalny, wtórny i nielogiczny - a to tylko kilka z negatywnych określeń jakie przychodzą mi do głowy. Zdecydowanie odradzam!

Mateusz Michałek

Korekta: Marta Kononienko

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus