Recenzja filmu "Co jest grane, Davis?"

Autor: Redil

Gdybym miał kiedyś możliwość - podobnie jak mały bohater komedii Last Action Hero - przenieść się dzięki magicznemu biletowi na drugą stronę kinowego ekranu, ostatnimi kliszami, na jakich chciałbym się znaleźć, byłyby filmy braci Coen. Postaci przewijające się przez ich scenariusze mają, delikatnie mówiąc, pecha. Kierowane dobrymi chęciami i desperacką próbą polepszenia swojego życia, wywołują lawinę wydarzeń wgniatających je w ziemię. Podobnie jest w najnowszym obrazie obu panów. Co jest grane, Davis? to historia folkowego muzyka, który szuka swojego miejsca w świecie, lecz nieustannie prześladujący go pech nie pozwala mu rozwinąć skrzydeł.

Llewyn Davis ciągle ma pod górę. Ledwie wiąże koniec z końcem, na graniu w klubach zarabia marne grosze, śpi po znajomych i nie ma nawet kurtki. Na dodatek gubi kota swoich przyjaciół, za którym rusza w pogoń. Kamera podąża za nim w podróż przez muzyczny Nowy Jork, zagląda nawet do Chicago - niekiedy jest to bowiem kino drogi. To jednak dopiero początek problemów piętrzących się przed Davisem. Mimo wszystko bracia Coen lubią swojego bohatera. To nic, że nieustannie rzucają mu kłody pod nogi, tak jakby praca nad scenariuszem (jak zwykle w ich przypadku kapitalnym) dostarczała im z tego powodu mnóstwo radości. Niemniej widać, że twórcy patrzą na Llewyna z wyraźną sympatią, być może nawet w jakiś sposób utożsamiają się z nim i nie pozwalają widzowi się od niego odwrócić.

Jak często bywa w przypadku braci Coen, dużo jest tutaj czarnego humoru, ale najczęściej śmiejemy się przez łzy, bo to co zabawne, jest jednocześnie do bólu gorzkie. To jak śmianie się z faktu, że ktoś obok kopie leżącego - jednak w przypadku filmu dopiero po chwili zdajemy sobie sprawę, że to wcale nie jest zabawne. Tutaj ironia zawsze trafia w bardzo czuły punkt. Raz prosta i dosadna, raz subtelna, lecz zawsze spełnia swoje zadanie. Całość wspomagają znakomite, wpadające w ucho dialogi. Utarczki słowne między Davisem i Jean są ostre jak brzytwa. Taki efekt udało się osiągnąć także dzięki świetnym występom Oscara Isaaca i Carey Mulligan. Ten pierwszy stworzył tak dosadny obraz życiowego nieudacznika, na którego zewsząd sypią się gromy, że widz aż boi się, żeby to wyryte na twarzy Llewyna przygnębienie nie było zaraźliwe. Jednak gdy śpiewa, gdy już ma gitarę w dłoni, to staje się zupełnie innym człowiekiem. Troski dnia codziennego przestają dla neigo istnieć, gdy do głosu dochodzi pasja. Rola godna nagrody Akademii. Tymczasem Mulligan jest wredna i cięta jak nigdy, aż trudno uwierzyć, że z tą swoją miłą twarzyczką mogłaby emanować aż takim chłodem. Ale to tylko pokazuje, że żadna rola jej nie straszna.

Bracia Coen tak naprawdę nie stworzyli tym razem nic, czego jeszcze u nich nie widzieliśmy. Lecz to nie jest zarzut. Co jest grane, Davis? to niemal modelowy przykład typowego dla stylu Coenów kina. W zasadzie wykorzystali tutaj wszystkie swoje najlepsze fabularne motywy, scenariuszowe zagrywki i popularne elementy, ale zgrabnie połączyli to w całość, wplatając w obraz nieco świeżości. Film aż kipi od sarkazmu, jest też w pewien sposób pouczający, lecz bez zbędnego nadęcia. To przede wszystkim świetna historia, w którą widz angażuje się bez reszty i razem z tytułowym bohaterem przeżywa jego problemy oraz troski.

Cały urok Inside Llewyn Davis tworzą świetne folkowe piosenki. W końcu to film muzyczny. Wykonane bezpośrednio przez aktorów (Oscar Isaac robi ogromne wrażenie) kawałki składają się na ścieżkę dźwiękową, która już zaczęła żyć własnym życiem. Każdy utwór to perełka. Słucha się ich z równą przyjemnością, co ogląda film. Na tle poszarzałej scenografii i podobnych, wyblakłych filtrów, wzmagających poczucie przygnębienia i życiowej nieudolności, to właśnie muzyka wprowadza koloryt oraz akcentuje to, co dobre.

U Coenów życie prezentuje się jako szara pętla składająca się z ciągu niewłaściwych wyborów, za które obrywa się po gębie. Nie uczymy się na błędach - zdają się mówić twórcy. Na pierwszy rzut oka Co jest grane, Davis? to kawał przygnębiającego filmu, a po jego obejrzeniu można tylko westchnąć. Bracia Coen jednak nie są aż tak dołujący - w tej pętli znajdą się pozytywne wyrwy (fenomenalna scena z ojcem, w której nawet nie potrzeba słów), należy umieć je jednak dostrzec. Jak w prawdziwym życiu. W rezultacie z "Wnętrza Llewyna Davisa" każdy widz wydobędzie, co zechce.


blog comments powered by Disqus