Kontynuacja, która przytłacza - recenzja filmu "Zbuntowana"

Pierwsza część przeniesionej na ekrany kin książkowej trylogii autorstwa Veroniki Roth okazała się nader ciekawym i smacznym kąskiem, który z minuty na minutę dostarczał coraz więcej emocji. Wprawdzie produkcja nie dorównała swoim rozmachem i złożonością Igrzyskom śmierci, jednak i tak zyskała sobie uznanie w światku fanów dystopijnych opowieści. Bardzo szybko podjęto decyzję o ekranizacji kolejnych dwóch tomów. Trzeci, zgodnie z nową modą, podzielono nawet na dwie części. Tym razem jednak pieczę nad przedsięwzięciem powierzono Robertowi Schwentke, który odpowiadał za Red i dość mocno krytykowane R.I.P.D. Agenci z zaświatów. Co wyszło z tej zmiany na stanowisku reżysera? Czy Zbuntowana  powtórzyła sukces Niezgodnej? A może, jak to bardzo często wśród kontynuacji bywa, tym razem film okazał się wielkim rozczarowaniem?

Tris, Cztery, Caleb i Peter znajdują tymczasowe schronienie u przedstawicieli Serdeczności. Niestety główna bohaterka nadal nie jest w stanie pogodzić się z utratą bliskich jej osób. Za całe zło obwinia siebie, twierdząc, iż stanowi zagrożenie dla wszystkich wokół. Jedynie chęć zemsty na Jeanine daje jej siłę do codziennych zmagań. Niestety bardzo szybko czwórka bohaterów zostaje znaleziona przez patrol Nieustraszonych, którym przewodzi Eric. Protagoniści kolejny raz zostają zmuszeni do ucieczki.

Na wstępie wywodów dotyczących najnowszej części Niezgodnej należy podkreślić jedno – Zbuntowana nie jest złą produkcją. Nadal czuć klimat pierwszego filmu, zmienia się jednak podejście do ogółu wydarzeń, co nie do końca wyszło produkcji na dobre. Twórcy postanowili bowiem największą uwagę poświęcić wewnętrznym bolączkom głównej bohaterki. Niestety w wielu przypadkach, jak choćby pierwszej odsłonie filmowego Kosogłosa, próba zboczenia w kierunku dramatu psychologicznego nie kończy się najlepiej. Dokładnie tak stało się w przypadku Zbuntowanej. Widz otrzymuje sztuczny obrazek, na którym Tris walczy sama z sobą – dosłownie i w przenośni. Oczywiście przekłada się to na decyzje, jakie podejmuje.

Nie są one zbyt przemyślane. Bohaterka kieruje się impulsem i uczuciami, w pewnym momencie można wyczuć w jej zachowaniu prometejską postawę: Tris jest gotowa poświęcić swoje szczęście i życie dla dobra ogółu. I o ile takie zachowanie nie zasługuje na naganę, to brak logicznego myślenia już tak. Warto jednak zaznaczyć, że pomimo tej dość sporej wady w postępowaniu bohaterki, można zauważyć jak bardzo się zmieniła. Stała się silną kobietą, która potrafi zatroszczyć się sama o siebie. W tej części pojawia się zresztą sporo mocnych kobiecych charakterów, jak choćby Evelyn, Johanna czy znana z Niezgodnej Jeanine.

O ile postaci kobiece zostają wyniesione na podium, o tyle męskie ulegają sporej degradacji. Caleb okazuje się przysłowiową kulą u nogi, do tego, choć tutaj za zmianę nie można winić twórców, postępuje wbrew wszelkiemu rozsądkowi, mając za nic więzi rodzinne. A Cztery… Cóż, w tym przypadku mamy do czynienia z brakiem pomysłu na jakikolwiek rozwój bohatera. Co więcej, zamiast progresu widzimy regres i to całkiem spory. W Niezgodnej Cztery jawił się jako silny, zdecydowany i odważny protagonista, natomiast w Zbuntowanej jego rola ogranicza się do strzelania, przemawiania Tris do rozsądku oraz czczenia jej. Równie dobrze mogłoby go nie być. O dziwo, najlepszymi męskimi postaciami okazują się Peter, który nie tylko zmienia się, ale jako jedyny jest w stanie wykrzesać z siebie odrobinę humoru, oraz Eric, w przeciwieństwie do Cztery potrafiący pokazać negatywne uczucia.

Co do fabuły – pojawia się w niej tyle dziur, że czynią z filmu szwajcarski ser. Dlaczego? Wymienianie wszystkich błędów i nielogiczności w scenariuszu mogłoby zająć sporo miejsca, dlatego zostaną przytoczone tylko dwa. Pierwszym jest moment ucieczki Tris, Cztery i Caleba przed Erikiem i jego towarzyszami. Nieustraszeni, jak można się dowiedzieć, oglądając pierwszą część serii, to frakcja, do której należą osoby znające się na walce i broni, potrafiące oddać precyzyjny strzał. Wyobraźcie sobie teraz następujący obrazek – ta elita elit goni troje uciekinierów, z których dwójka z nich potrafi strzelać. Obie grupy mają broń palną i nie wahają się jej używać. Problem polega jednak na tym, bo o łucie szczęścia nie może tu być mowy, że o ile ekipa uciekinierów precyzyjnie eliminuje kolejne zagrożenia strzelając za siebie w biegu, o tyle liczniejsza grupa, w której znajduje się kilku wyszkolonych osobników, nie jest w stanie nawet lekko drasnąć swoich oponentów. Zabawne, prawda? Kolejny smaczek – rodzicielka Cztery, która wygląda jakby była jego siostrą, starszą o góra dwa, trzy lata. Taki obrazek nie wygląda przekonująco.

Na szczęście spece od efektów specjalnych spisali się na medal. Jeżeli chodzi o wizję miasta, siedzibę nowych frakcji oraz bezfrakcyjnych, wykonano kawał dobrej roboty. Wszystko zostało dopracowane z największą dbałością o szczegóły. Do tego należy dodać klimatyczną muzykę i widz otrzymuje ciekawe zestawienie wizualno-akustyczne.

Zbuntowana nie okazała się tak dobra jak Niezgodna. Akcja została zastąpiona melancholijnymi scenami pełnymi miłości i cierpienia, przez co film stał się zbyt nużący. Warto jednak zaznaczyć, że gdy w końcu pojawiają się sceny walk, są one na wysokim poziomie: szybko, wartko i wybuchowo. I warto pamiętać o zakończeniu, które różni się od tego książkowego. Jak widać twórcy postanowili zaskoczyć nawet osoby zaznajomione z papierową wersją. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy za rok.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus