Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o podróżach międzygwiezdnych, ale baliście się to zobaczyć na ekranie - recenzja wydania DVD filmu "Interstellar"

Autor: Marta Jakubek
Korekta: Damian "Nox" Lesicki
28 maja 2015

Jeśli zastanawiacie się, jakie hasło najlepiej odpowiada nieprzewidywalności naszego życia, odpowiedź brzmi: "prawo Murphy’ego". Zasada jest prosta i powalająco prawdziwa, według niej bowiem wydarzy się wszystko, co może się wydarzyć – tak mówi w filmie Interstellar Joseph Cooper (Matthew McConaughey) do swojej córki. Christopher Nolan jest mistrzem w filmowej realizacji prawa Murphy’ego, jego produkcje zawsze otacza aura tajemnicy, a zakończenia filmów za nic nie da się przewidzieć. Wszystko może się wydarzyć. Tak było również się w przypadku Interstellar – filmowego giganta o wielkich ambicjach, którego premiera na DVD oznacza, że na półkach kinomanów wreszcie może zagościć kolejne świetne dzieło.

Wydanie jest solidne i gdy trzyma się opakowanie w ręce, aż dreszcz ogarnia na myśl o nadchodzących wrażeniach. Odtwarzanie rozpoczyna się od delikatnej melodii Hansa Zimmera, która towarzyszy ukazującej się na ekranie półce z książkami córki głównego bohatera. Następnie proste menu z dużym napisem tytułowym wprowadza już w melancholijny, złowrogi nastrój filmu. Strona techniczna imponuje mnogością napisów w różnych językach do wyboru oraz możliwością wyboru lektora polskiego lub węgierskiego. Dodatków nie ma żadnych, ale w przypadku filmu Christophera Nolana nie czeka się na nie wcale. Wciskamy "Play" i rozpoczynamy przygodę.

Ziemię trawi plaga nieurodzaju, a ostatnie uprawy kukurydzy wkrótce zaczną obumierać. Cooper, który kiedyś był pionierem, pilotem zgłębiającym tajemnice technologii, musiał zostać farmerem, by zapewnić godne życie rodzinie zdruzgotanej śmiercią jego żony. Kiedy bohater i jego córka odkrywają ukrytą stację badawczą, zostaje mu przedstawiona propozycja: wyruszyć w podróż do innej galaktyki, by odnaleźć dla ludzkości nową planetę do zaludnienia. Czas ucieka, a każdy błąd Coopera i jego załogi może mieć tragiczne konsekwencje.

Interstellar jest przede wszystkim konceptowym kolosem, który stanowiłby ogromne wyzwanie dla każdego ambitnego reżysera, szczególnie, że w przeszłości czai się uwielbiana przez pokolenia 2001: Odyseja kosmiczna. Reżyser świadomie oddaje hołd majstersztykowi Kubicka, ale sam tworzy coś zupełnie własnego, mając za sobą niemałe doświadczenie w radzeniu sobie z projektami o skali większej niż wszystkie Transformersy razem wzięte. Scenariusz autorstwa zawsze niezawodnych braci Nolan mierzy się z wielkimi pomysłami dotyczącymi losów ludzkości, naszej przyszłości i potencjału, których wykonanie może łatwo popadać w filozoficzne wywody sztywne jak akademickie wykłady. Twórca otoczył jednak całość swoim znakiem firmowym – unikalną atmosferą tajemnicy, odrobiny nostalgii i ekscytującej przygody, która nie musi zakończyć się dobrze.

Film ma w sobie coś z literackiego zacięcia, opowieść rozwija się niespiesznie, we własnym tempie, a widz musi śledzić wskazówki rzucane raz po raz przez reżysera, by nadążać za rozwijającymi się wydarzeniami i na własną rękę rozszyfrować zagadki. Kiedy nadchodzi finał, Nolan dostarcza fajerwerków podekscytowania i napięcia wbijającego w fotel. Im głębiej wchodzi się w historię, tym bardziej nasiąka się jej mrocznym klimatem i nieodpartym hipnotycznym przyciąganiem. Jego twardy realizm połączony z magicznymi efektami wizualnymi są z najwyższej półki.

Żadni bohaterowie w tak poruszający sposób nie mierzyli się z największym, niewidzialnym wrogiem człowieka – czasem. W swoim gorączkowym pragnieniu wypełnienia misji i powrotu na ziemię, postacie bezsilnie walczą z nieubłaganym upływem czasu, który determinuje przeżycie ich najbliższych. Głębia emocjonalna miesza się z napięciem, jakie wytwarza się, gdy widz ze zniecierpliwieniem oczekuje na ciąg dalszy mimo strachu, co tak naprawdę stanie się za chwilę. Nolan doskonale nadaje się do opisania filmowego wcielenia czegoś, co Freud opisał jako das Unheimliche (niem. niesamowitość) – wrażenie zmysłowe, które łączy strach, podziw i niepokój. A wiadomo, że do takiego wrażenia potrzebna jest też bogata strona wizualna. Nieobecności wieloletniego współpracownika Nolana, Wally Pfistera nie da się tu za bardzo odczuć, ponieważ jego zastępca, autor zdjęć Hoyte Van Hoytema ani myśli pozostać w cieniu swojego poprzednika. Poza zapierającymi dech w piersiach widokami z kosmosu, czarnej dziury albo tunelu czasoprzestrzennego, które są prawdziwą ucztą dla oka, zachwyca też geniusz pojedynczych ujęć – kurz płynący w powietrzu, zachód słońca, szumiące pola uprawne. Twórcy w swojej produkcji łączą bombastyczne efekty, siłę emocjonalną oraz złożoność fabularną, która rozkłada opowieść na wiele różnych warstw, z których każda skrywa swoje malutkie tajemnice do zgłębienia. Warto na dodatek wspomnieć o niesamowitym wrażeniu, jakie niesie ze sobą odtwarzanie Interstellar na ekranie we własnym domu, studiując imponujące efekty specjalne i rozkoszując się doskonałą jakością dźwięku.

Hans Zimmer otrzymał już tyle nominacji do Oscara, że prawdopodobnie przestał je wszystkie liczyć. W tej produkcji dał całkowity upust swoich epickim sentymentom. Film opływa w jego organowe tony, które dodają każdej scenie jeszcze większego wrażenia skali, a przy tym niskie melodie zdolne poruszyć do łez niełatwo dają o sobie zapomnieć.

Jak zwykle, Nolan jest jak magnes przyciągający plejadę aktorskiego talentu, od którego można dostać zawrotów głowy. W każdym kącie czają się świetne osobistości, od Davida Oyelowo mającego malutką rolę na samym początku, po takich wyjadaczy jak Michel Caine czy John Lithgow. Matthew McConaughey kipi od aktorskiej werwy i charyzmy godnej głównej postaci, której bagaż emocjonalny ma silny wpływ na widza. Bill Irwin nie jest znanym nazwiskiem, ale sposób, w jaki ożywił postać robota TARSa za sprawą swojego głosu jest fenomenalnie oryginalny. TARS okazał się malutką perełką wśród swoich ludzkich towarzyszy. Nie powielając schematów, może dołączyć do grona takich legendarnych ulubieńców jak R2D2.

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce żył reżyser Christopher Nolan, który swoje produkcje przekształca w filmowe złoto. Interstellar to bynajmniej nie majstersztyk, często wytyka się mu liczne potknięcia narracyjne, ale w obliczu zadowalającego ogromu całości, w ogóle nie zwraca się na nie uwagi. Interstellar na DVD to wspaniały dodatek do filmowej kolekcji, którego zakupu nie pożałuje nawet ten, kto nie miał okazji zobaczyć go w kinie. Można brać w ciemno i nie przejmować się prawem Murphy’ego.



blog comments powered by Disqus