Recenzja filmu "Epicentrum"

Autor: Pityez

Epicentrum to jeden z tych filmów, które, jeśli na swoje nieszczęście obejrzymy, chcemy jak najszybciej wyrzucić z pamięci. Słaby pod względem dramatycznym, z katastrofalną fabułą i scenariuszem napisanym na kolanie, wydaje się obrazą współczesnego kina. Szkoda aktorów, którzy się w nim pojawili i muszą reklamować go swoim nazwiskiem. Szkoda ekipy, która przyłożyła rękę do jego powstania. Winić można tylko Johna Swetnama, scenarzystę, i Stevena Quale’a, reżysera.

Koncepcja filmu była prosta. Nad małe miasteczko gdzieś w USA nadciąga wielki front burzowy, a wraz z nim zbliżają się kolejne trąby powietrzne. Akcja filmu skupia się na kilku grupach – łowcach tornad, którzy za wszelką cenę chcą nakręcić dokument z oka cyklonu (w specjalistkę od pogody wciela się Sarah Wayne Callies), skłóconej rodzinie obchodzącej zakończenie szkoły (ojca gra Richard Armitage) i szalonych poszukiwaczach przygód. Całe Epicentrum jest kręcone w dość dziwacznej konwencji. Składa się nie tylko z typowych ujęć, na których widzimy, co dzieje się z bohaterami, ale w dużej części (jeśli nie w większości) jest złożone z fragmentów rzekomo nagranych przez świadków wydarzeń. Zabieg ten sprawia, że film wydaje się trochę chaotyczny, momentami doprowadza widza nawet do nieprzyjemnych zawrotów głowy. Źle się to ogląda i chociaż można by było doszukać się drugiego dna (że niby twórcy chcieli dopiec wszystkim tym, którzy w nietypowych sytuacjach od razu wyciągają telefon z kamerą), to efekt końcowy wyszedł naprawdę miernie.

Z winy fatalnego scenariusza i niezbyt dobrze dobranej obsady, bohaterowie Epicentrum są zupełnie bezbarwni. Nie można powiedzieć, że wątki poszczególnych postaci zostały niewystarczająco rozwinięte – ich historie po prostu źle napisano. Dodatkowo, w swoją grę aktorzy zupełnie nie włożyli serca. O ile postaci dwóch nie do końca normalnych poszukiwaczy przygód można przeżyć, to reszta z każdą minutą filmu drażni coraz bardziej. Niektórzy powiedzą, że trudno przekonująco zagrać w produkcji, której scenariusz wiele miesięcy temu powinien wylądować w koszu. To prawda, ale na ekrany trafiało już wiele produkcji, których obsada robiła cuda z niczego. W tym przypadku słaba gra aktorska sprawia, że płytkie i odrobinę przejaskrawione postaci stają się figurami wręcz komicznymi.

Co było wspomniane już parę razy, największą wadą Epicentrum jest jego scenariusz. Sprawia on wrażenie pierwszego szkicu, niedopracowanych i luźno rzucanych pomysłów, które ktoś niekompetentny skleił w całość. Jest zbyt wielu bohaterów ze zbyt tragicznymi (w zamierzeniu) przeżyciami. Żadnego nie poznajemy bliżej, z nikim nie możemy się utożsamić, nikogo nawet nie możemy polubić. Historia sama w sobie jest zupełnie nierealna, nie wnosi nic nowego ani wartego zapamiętania. W całym filmie nie ma ani jednego atutu, który sprawiłby, że ochoty moglibyśmy choć trochę wybaczyć jego twórcom. W Epicentrum John Swetnam zawalił na całej linii, ale nie powinniśmy być zdziwieni, bo w jego dorobku nie ma żadnego dzieła, które mogłoby dawać nadzieje na przyszłość.

Niewiarygodne jest tylko to, że są jeszcze ludzie skłonni takie filmy oglądać (choć wyniki box office’u pokazują, że nie jest to duża grupa), ktoś chciał zainwestować w ten obraz pieniądze, a dziesiątki ludzi poświęciły kilka miesięcy swojego życia na jego nakręcenie i wyprodukowanie. Nikt z zaangażowanych nie przyłożył się jednak do swojej pracy, bo Epicentrum nie ratują ani efekty specjalne rodem sprzed dziesięciu lat, ani mało ciekawe zdjęcia, ani soundtrack, który jest tak nijaki, że po wyjściu z sali trudno powiedzieć, czy w ogóle tam był. Film niewart wspominania okazuje się mieć jednak jedną zaletę – jest tak bezbarwny, że trudno go zapamiętać.

Na jednym z forów pojawiła się opinia, że Epicentrum to takie Sharknado, tylko niby bardziej poważne, bardziej dramatyczne i życiowe. W rzeczywistości produkcja wyreżyserowana przez Quale’a jest zdecydowanie gorsza – brakuje w niej humoru, postaci, które moglibyśmy polubić i momentów rozładowujących napięcie. Wydaje się, że twórcy chcieli stworzyć nowego Twistera, a wyszedł im obraz co najmniej pokraczny. Kino katastroficzne w wykonaniu Epicentrum jest jak wyrób czekoladopodobny, rozgazowana Coca-Cola i roztopione lody – nikomu się nie spodoba.

Advertisement

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus