Lekcja zjednywania ludzi

plakat filmu Lekcja zjednywania ludzi

W 1995 roku, wychodząca z epoki apartheidu Republika Południowej Afryki, została organizatorem Mistrzostw Świata w Rugby. Kojarzona z obalonym systemem i nienawidzona przez czarnoskórą  większość reprezentacja, choć skazywana na porażkę, wywalczyła Puchar. Jej gra stała się spoiwem scalającym „tęczowy naród” - jak nazwał nowe społeczeństwo jego przywódca Nelson Madela, pierwszy kibic zielono-złotych.

Zrealizowany przez Eestwooda Invictus - hołd dla najwybitniejszego polityka Afryki XX wieku - budzi mieszane uczucia. Od reżysera dotąd odważnie analizującego kondycję amerykańskiego społeczeństwa, można by oczekiwać zmierzenia się z historią apartheidu. Tymczasem na próżno szukać tu autentycznego obrazu RPA, dramatu człowieka obejmującego władzę w państwie przetrzymującym go przez pół życia w więzieniu. Otrzymujemy zaledwie polityczną laurkę. Kreowany przez Morgana Freemana Mandela to polityk idealny – potrafiący wznieść się ponad mur uprzedzeń, wybaczyć zło,  zjednoczyć ludzi wokół nadrzędnej idei.

Całość wygląda jak pisana na zamówienie hagiografia, choć wydaje się, że dotyczy ona Mandeli tylko pozornie. Trudno nie ulec wrażeniu, że Invictus to tak naprawdę deklaracja wiary w Barracka Obamę, o którym francuski filozof Bernard Henri Lévy pisał „pierwszy czarny, który zrozumiał, że nie należy grać na nucie winy (białych), lecz w tonie uwodzenia”. Niezależnie od intencji Eastwooda, Invictusa powinni obejrzeć polscy politycy. To bowiem piękna lekcja zjednywania sobie ludzi.


blog comments powered by Disqus