"To" - recenzja wydania Blu-ray filmu

Autor: Marek Kamiński
Korekta: Marta Kononienko
29 kwietnia 2018

Opowieści z krypty: chłopiec, klaun i papierowa łódeczka

Poprzedni rok był całkiem satysfakcjonujący dla miłośników prozy Stephena Kinga – mogli oni bowiem obejrzeć aż cztery nowe filmy na podstawie twórczości słynnego pisarza. Netflix zafundował nam Grę Geralda oraz 1922, zaś na wielkich ekranach pojawiły się Mroczna wieża i To. Jak ta ostatnia produkcja sprawdza się podczas domowego seansu?

Krótkie wprowadzenie dla niezorientowanych w fabule (plus podstawowe spoilery) – To opowiada o zmaganiach grupki nastolatków z tytułową istotą, objawiającą się najchętniej pod postacią człowieka w stroju cyrkowego klauna. Niedługo po tym, jak w niewyjaśnionych okolicznościach ginie braciszek jednego z głównych bohaterów, dzieciaki formują Klub Frajerów, by stawić czoła zarówno gnębiącym ich starszakom z Gangu Bowersa (którego liderem jest przejawiający mocno socjopatyczne zachowanie Henry), jak i atakującej znienacka tajemniczej istocie. W odróżnieniu od książkowego oryginału i jego adaptacji z 1990 roku, obraz Andy’ego Muschiettiego prezentuje jedynie perypetie protagonistów z czasów szkolnych, pozostawiając sobie ich dorosłe życie na sequel, zapowiedziany na przyszły rok.

Po zapowiedzi prac nad nową wersją filmu To łatwo było o obawy, jak zostanie przedstawiony tytułowy stwór, a raczej jego najczęstsza inkarnacja, czyli Pennywise, Tańczący Klaun. Wszak Tim Curry w ramach dwuczęściowej miniserii telewizyjnej stworzył ikoniczną już wersję potwora ukrytego pod gumowym czerwonym nosem i pstrokatym strojem, a z legendą ciężko się mierzyć. Do pary z tym idzie uwaga, że w zalewie remake’ów i rebootów dość łatwo o niższy poziom jakości postaci lub filmu. By nie wyjść poza ramy filmów z dreszczykiem: Jackie Earle Haley był ciekawie mroczny jako nowy Freddy Krueger, jednak podstawową jego wadą okazało się nie bycie Robertem Englundem; z kolei – w porównaniu z Anthonym Perkinsem – Vince Vaughn jako nowy Norman Bates bardzo blednie w filmie będącym kolorowym naśladowcą genialnego czarno-białego arcydzieła Hitchcocka. W przypadku recenzowanego tytułu na szczęście o żenadzie nie ma mowy, bowiem Bill Skarsgård prezentuje się znakomicie w skórze szalonego klauna – jego chichot, zachowanie, ruchy i inne, niekiedy soczyste, dodatki powodują, że możemy się prawdziwie rozsmakować w kreacji przygotowanej przez szwedzkiego aktora, podobnie jak grana przezeń istota rozkoszuje się w strachu swoich ofiar. Czy jednak Pennywise Skarsgårda jest lepszy, czy gorszy od wersji Tima Curry’ego? Jest inny – to chyba najlepsze stwierdzenie. Porównywać oba przedstawienia Kingowskiego klauna to jak zestawić obok siebie Jokerów Nicholsona i Ledgera – wiele zresztą w takim spojrzeniu paraleli: starsza gwiazda kina kontra młody aktor w nowej interpretacji postaci, znacząco różne kostiumy i charakteryzacje, a także w obu przypadkach chodzi jednak o kultowe czarne charaktery skryte pod klaunowym make-upem. Podobnie więc, jak było to z nemezis Batmana, tak i tu każdy z widzów może spokojnie samemu wybrać, która inkarnacja upiornego dowcipnisia jest mu bliższa.

Wbrew pozorom równie ważne w filmie Muschiettiego są dzieciaki, które obiera sobie za cel potwór. Młodociani aktorzy tworzą pełnokrwiste i naturalne postaci, a chemia między nimi jest świetna i bardzo wiarygodna. Z jednej strony to zasługa dobrej gry aktorskiej, a z drugiej – fakt zintegrowania się członków obsady od początku pracy nad filmem, co ewidentnie przyczyniło się do wysokiej jakości całej produkcji.

Do pozostałych zalet należy zaliczyć muzykę Benjamina Wallfischa, a także zestaw rozmaitych easter eggów, takich jak nawiązania do pierwowzoru książkowego oraz pierwszej adaptacji (a w bardzo mocno naciągany sposób także do wspomnianego wcześniej Błazeńskiego Księcia Zbrodni). Warto też pochwalić pewnego rodzaju przełamywanie czwartej ściany – okazuje się bowiem, że Pennywise poluje nie tylko na postaci w filmie. Jeśli zwracasz uwagę na otoczenie, a w scenie z papierową łódeczką spojrzysz na każde z oczu klauna z osobna... może ciebie też porwać. Brrr...

O wydaniu Blu-ray

Wydanie Blu-ray to jedna płyta w standardowym pudełku firmy Elite zawierająca film z oryginalnym dźwiękiem w wariantach Dolby Atmos-TrueHD i DTS-HD Master Audio. Z kolei w formacie Dolby Digital 5.1 mamy opcję z polskim lektorem oraz dubbingi: francuski, rosyjski i tajski. Napisy są w ośmiu wersjach, w tym polskie oraz angielskie.

Godzina materiałów dodatkowych rozdysponowana jest niemal po równo pomiędzy cztery dodatki:

Pennywise Lives! (16 min 25 s) ukazuje upiornego klauna widzianego oczyma obsady, a także prezentuje, jak tym razem zinterpretowano tę postać na potrzeby pełnometrażowego obrazu. Jedną z ciekawostek jest tu fakt, że dzięki odtwórcy tytułowej roli w pewien sposób oszczędzono na efektach specjalnych – Skarsgård zapewnił bowiem fizycznie jeden aspekt, który reżyser chciał wykreować komputerowo. O czym piszę, dowiecie się z materiału.

The Losers’ Club (15 min 42 s) to bardzo wdzięczny materiał, dzięki któremu możemy nieco bliżej poznać młodocianych aktorów oraz szczegóły związane z pracą z nimi na planie. Dowiemy się stamtąd m.in., że znakomita chemia między członkami Klubu Frajerów powstała w dużej mierze dzięki pierwszym kilku dniom przed zdjęciami, kiedy nastolatkowie (w tym ci wcielający się w Henry’ego Bowena i jego świtę) pracowali razem z Benjaminem Perkinsem, trenerem aktorstwa. Ten czas pozwolił im lepiej poznać siebie nawzajem, zżyć się ze sobą oraz czuć się razem bezpieczniej na planie. W związku z tym nie ma mowy o sztucznej przyjaźni na ekranie, bo towarzyskie relacje Frajerów odzwierciedlały faktyczną serdeczność między aktorami, a wrogość ekipy Bowena była wyłącznie wyreżyserowana. Kwadrans z tym filmikiem zleci, jak z bicza strzelił, a do tego poprawi nastrój.

Author of Fear (13 min 51 s) zarysowuje początki tworzenia adaptowanej książki oraz przedstawia, czym kierował się jej autor w kreowaniu niektórych aspektów fabuły (na przykład pojawia się tam bardzo sensowna argumentacja stosowności wieku Frajerów). A któż opowie o tym lepiej niż sam mistrz grozy? King wspomina między innymi o tym, że część doświadczeń z dzieciństwa (towarzyskie wyjścia do kina, młodzieńcze zauroczenie) wyraził na kartach książki. Mam tylko nadzieję, że to nie stamtąd wzięła się słynna kontrowersyjna scena pomiędzy Beverly a resztą przyjaciół. ;)

Deleted Scenes (15 min 18 s) to pakiet 11 scen, które nie pojawiły się w kinowej wersji filmu. Wśród nich znajduje się alternatywna scena spotkania Georgiego i Pennywise’a. Ciekawe, co by było, gdyby tejże krótszej rozmowy użyto. ;)

Rzuciły mi się w oczy dwa uchybienia w polskich napisach, obydwa pochodzące z dodatku The Losers’ Club – jedną z uwag Sophii Lillis przetłumaczono tak, jakby mówił ją chłopiec („Więcej nie będę powtarzał.”), zaś „week and a half” przetłumaczono jako „dwa i pół tygodnia”.

Liczba dodatków jest dość przeciętna – przydałby się komentarz audio reżysera i obsady, byłoby miło też otrzymać materiały o poszczególnych postaciach lub o porównaniu obu wersji filmowych. Warto jednak pamiętać, co jest daniem głównym. A To jest świetnie zrealizowanym, dobrze przemyślanym fabularnie oraz znakomicie obsadzonym horrorem, zmieszanym z filmem komediowym i z elementami dramatycznymi, obficie podlanym klimatem „ejtisowych” produkcji (obecność Finna Wolfharda, grającego też w Stranger Things, plus fakt, że akcja kinowego To jest osadzona w latach 80. ubiegłego wieku, zamiast w 50. jak w pierwowzorze). Jeden z lepszych tytułów w kategoriach: ekranizacje prozy Kinga, blockbustery i horrory ostatnich lat, produkcje o morderczych klaunach, rebooty. Czekam na sequel niecierpliwie, wypatrując leniwie sunącego w moją stronę krwistoczerwonego balonika...



blog comments powered by Disqus