Na pustyni bez zmian

plakat filmu Na pustyni bez zmian

Kino wojenne tworzyło dzieła totalne, ponadczasowe, tworzyło obrazy poruszające serca widzów na całym świecie. To kiedyś. Co więc mamy dzisiaj? Współcześnie wojna na ekranie rzadko namawia już do refleksji - stała się ona sposobem na wywołanie przelotnych i płytkich uczuć, rozbudzanych w widzach patetycznym bełkotem, rodem z Pearl Harbor. Kino wojenne powoli się wypala - w obrębie gatunku powiedziano już bowiem niemal wszystko i na wszystkie niemal sposoby. Zawsze jest jednak margines dla twórców prawdziwych, którym talent pozwala z materii niemal wyczerpanej tworzyć dzieła świeże i zaskakujące. Sam Mendes właśnie w takie grono się wpisał.
Jarhead to żołnierz Piechoty Morskiej - nie przeciętny, ale najlepszy z najlepszych. To człowiek, który przeszedł nieludzkie i poniżające szkolenie, silny i gotowy do walki psychopata, któremu konflikt, mundur i rozkaz dają możliwość uwolnienia najpierwotniejszych instynktów. Mendes prezentuje nam pamiętnikarską opowieść o grupie takich ludzi - żołnierzach, dla których wojna nosiła imię Pustynna Burza.
Już sam sposób opowiadania o wojnie jest tu czymś zupełnie nowym. Mendes unika jednoznacznej oceny - jego film to dziennikarska relacja stylem przywołująca Na zachodzie bez zmian. Pełno tu pięknych planów, pustynnych widoków malowniczych jak pocztówki z wakacji. Reżyser nie serwuje nam krwawych walk i bohaterskich pojedynków; nie ma tych dobrych i tych złych. Mimo to Jarhead jest produkcją bardzo silną, pełną mocnych, działających na widza momentów. To nie jest jednak próba wymuszenia wzruszeń, czy łez. Jarhead ma w sobie sekwencje działające na nas równie silnie jak „wagnerowski atak” z Czasu apokalipsy. Sceny jak ta, w której grupa żołnierzy, podczas zbiorowej projekcji filmu pornograficznego słyszy nagle, że jego bohaterami są żona i sąsiad jednego z kolegów, naprawdę nas dotykają - a przykład ten nie był tu chyba najmocniejszy. Najwspanialszy jest tu jednak sposób w jaki Mendes wywołuje w nas emocje. Film nie kąpie się we krwi, nie ma tu połaci podrywanych rąk i nóg. Jarhead nas przeraża, boli, oburza, ale nie dosłownie - tu widz nie musi z obrzydzeniem odwrócić wzroku, żeby poczuć jak wojna zmienia ludzi.
Dziennikarski dystans, jaki zachował reżyser pozwolił mu pokazać nie tylko te złe strony elitarnej US Marines. Dla Mendesa w tych ludziach jest wszystko: siła, ból, tęsknota. Każdego z nich zmieniło szkolenie, każdego zmienia wojna. I chociaż zmian tych nigdy nie uda się cofnąć (genialnie mówi nam o tym reporterskie, nieoceniające niczego zakończenie) pozostają oni ludźmi, chłopakami, nieraz dziećmi. Reżyser pokazał tu wielką klasę - Jarhead jest jak dziennikarski news, a wzbudza emocje jak wojenna epopeja.
Film bawi się intertekstualnością; nawiązuje do klasyki gatunku. Sporo tu scen wyciętych jakby prosto z Full Metal Jacket, a przytaczana scena z filmu Coppoli jest dosłownie włączona do fabuły. Nie jest to jednak kopia - to inteligentne, celowe nawiązanie. Mendes pokazuje nam, że zmieniły się tylko miejsce i przezwisko wroga. Reszta jest constans.


blog comments powered by Disqus