Zbyt męskie kino kobiece

plakat filmu Zbyt męskie kino kobiece

Bogusław Linda od lat nie potrafił wykazać się aktorsko i wykreować postaci na miarę własnego talentu - bohaterowie których nam przedstawiał w najprzeróżniejszych produkcjach odróżniały od siebie jedynie imiona; głębia, wartość i warsztat tych kreacji był natomiast niezmiennie powtarzanym schematem. Filmów reżyserować Linda nie umiał nigdy. Na cztery produkcje, które wyszły spod jego ręki, ani jednej nie sposób uznać za udaną. Najnowsza Jasne, błękitne okna kontynuuje dotychczasowy poziom reżysera i nie przynosi ze sobą nic interesującego.

Linda nie od dzisiaj stara się przełamać wizerunek, powstały głównie w obrazach Pasikowskiego, który przedstawia go jako twardego brutala, czyszczącego swój karabin maszynowy i popijającego wódkę obok nagiej kobiety. Taki obraz połączył się z nazwiskiem aktora do tego stopnia, po dziś dzień, lepiej pamiętamy „ty stara dupa jesteś”, niż o niebo lepsze aktorsko recytacje z Pana Tadeusza. Sama walka o wyzwolenie ze schematu dziwić więc nie powinna. Inaczej jest już z jakością efektu owej walki.

Jasne, błękitne okna wpisują się w ten nurt wielkiej przemiany, robią to jednak nieudolnie. Historia dwóch kobiet, które w małym miasteczku los związał przyjaźnią, nie posiada jakiegoś głównego wątku fabularnego; przeplata w sobie raczej wycinki z ich szalenie skomplikowanego życia i kontrastuje je retrospekcjami z ich dzieciństwa. Linda dorzuca do tego jeszcze, pseudopoetycki bełkot zza kadru, który nie służy w filmie niczemu. Tak ustawiona struktura narracji, w połączeniu z brakiem wątku przewodniego powoduje, że obraz rozmija się z wiarygodnością. A wiarygodność ta powinna być narzucona - duża część fabuły opiera się bowiem, na prawdziwych przeżyciach Beaty Kawki, spłacającej scenariuszem dług wobec przyjaciółki. Widzimy więc na ekranie perypetie dwóch pań, ustawione fabularnie w sposób tak niedoskonały, że całość bardziej przypomina trailer słabego filmu, niż sam słaby film.

Linda miesza konwencje: raz kręci rzewne kino kobiece, chwilę później sielską prowincje w stylu U Pana Boga za piecem, do tego dokłada jeszcze słabą kopię tajemniczej magii rodem z Wojaczka i tanio wyreżyserowany dramat obyczajowy. Brak tu spójności i, co gorsza, brak autentyzmu. Zygmunt Kałużyński zauważył kiedyś wrażliwie, że film zawsze warto obejrzeć, chociażby po to, aby wyciągnąć z niego jedną wartość, jeden kadr, czy jedną małą nutę z muzyki. W Jasnych, błękitnych oknach takich momentów jest nawet kilka, które postaci traktują zmysłowo, z fantastyczną dawką humoru i ciepła. Reszta jest niestety oszustwem; nieprzyjemną kpiną z widza, którego zmusza się do oglądania słabej, rozchwianej scenariuszowo i niespójnego formalnie produkcji, wykorzystując fakt, że dobre wychowanie nie pozwala opuścić mu kina przed końcem seansu.

Reżyser źle prowadzi aktorów - przy czym z ról w filmie wiodących najsłabsza jest właśnie jego. Nie przekonuje też koncepcja zdjęciowa, chociaż analizując jej poprawność językową, trudno zarzucić tu twórcom niedopracowanie. Film jest wizualnie sprawny (pomijając tu może warstwę montażową), chociaż słabo przemyślany. Nie potrafię podpisać się pod identyczną techniką naświetlenia i filmowania postaci w bajkowych retrospekcji z dzieciństwa i chwilach agonii jednej z bohaterek - nie widze nic bajkowego, czy magicznego w krzyku umierającej na raka kobiety. Linda w swoim najnowszym filmie sprawnie udowodnił, że na ich świat spogląda bez większego zrozumienia. Chcąc rozkruszyć swój wizerunek macho, jeszcze go pogłębił. Przykro się siedzi na tak słabych filmach, bo i oglądać się nie chce i wyjść nie wypada. To ja już wole Linde, „w imię zasad” strzelającego do wszystkiego co się rusza.


blog comments powered by Disqus