"Jason Bourne" - recenzja filmu

Jason Bourne to jedna z najciekawszych i najbardziej oczekiwanych tegorocznych premier kinowych. Postanowiliśmy więc po raz kolejny zrezygnować ze standardowej formy recenzji i przygotować specjalny dwugłos, w którym Mateusz Michałek i Marta Jakubek podzielą się z Wami opiniami na temat produkcji Paula Greengrassa!

Punkt krytyczny

Oglądając Jasona Bourne’a doszedłem do wniosku, że nie tak trudno być superagentem. Wystarczy tylko być przebiegłym (trzeba wyprowadzić w pole służby specjalne) oraz pośpiesznie chodzić (bohater rzadko biega, ale maszeruje znacznie więcej i szybciej niż swego czasu Robert Korzeniowski). Przyda się również znajomość topografii każdego znanego nam miasta (Bourne jest w tym lepszy niż Google Maps), odpowiednie wyszkolenie oraz nieufność w stosunku do każdej napotkanej na drodze osoby (przypomina nam w tym wielu polityków). Najważniejszy jest jednak fakt, że nowe przygody Bourne’a to nadal doskonałe kino sensacyjne.

Najnowszy obraz z serii to przede wszystkim świetnie nakręcone kino gatunkowe. Twórcy wykorzystują oklepane w serii schematy (ucieczki z zatłoczonych miast), jednak robią to w szalenie przyjemny i zaskakujący sposób. Sceny walk i pościgów nadal zachwycają dynamicznym montażem, który powoduje niezwykle realistyczne odczucia (jakbyśmy znajdowali się w samym centrum wydarzeń). Nie zabrakło również kolejnej intrygi szpiegowskiej (mocne nawiązania do historii Snowdena oraz Marka Zuckerberga) – niestety tym razem stanowi ona przede wszystkim wprowadzenie do kolejnych scen akcji.

Największym problem produkcji Greengrassa jest pewne „zmęczenie” obsady aktorskiej, czego doskonałym przykładem są kreacje Tommy’ego Lee Jonesa i Vicenta Cassella, którzy na „autopilocie” odtwarzają kolejne podobne postacie. Ponownie bardzo solidnie zaprezentował się natomiast Matt Damon, jednak prawdziwą gwiazdą obrazu jest Alicia Vikander, doskonała w roli młodej i szalenie ambitnej agentki.

Jason Bourne to solidne kino gatunkowe, a zarazem punkt krytyczny dla serii (twórcy przestali być oryginalni w tym co robią). Jednak czy świat nadal potrzebuje Bourne’a? Tak! Już nie mogę doczekać się kolejnego sequela!

Mateusz Michałek


 

Strzeżcie się, wszelcy nieprawi urzędnicy, rządowi agenci i skorumpowani szefowie tajnych wojskowych programów – wasz pogromca powraca z celnym sierpowym. Jason Bourne ponownie wkracza do kin i z pewnością nie można przegapić chaosu, jaki rozpętuje na ulicach Las Vegas. Paul Greengrass postawił na złotą zasadę sequeli, czyli: więcej i na większą skalę. 

Odyseja z Bourne’m trwa w najlepsze, jakby dziewięć ostatnich lat wcale nie minęło. Zaletą tej części, której tytuł może wskazywać na niejako podsumowanie losów Bourne’a, jest zbiór interesujących postaci oraz ich zawiłych intryg i powiązań. Właściwie wszyscy bohaterowie stanowią swoisty portret ludzi uczestniczących w wątpliwych moralnie machinacjach rządowych – pionków, którzy pokłosie swoich wyborów odczuwają dotkliwie przez całe życie. Dewey grany przez pomarszczonego jak orzech, ale wciąż tryskającego charyzmą Tommy’ego Lee Jonesa jest doskonałym czarnym charakterem pełnym cynizmu, okrucieństwa i pogardy. Vincent Cassel dołącza do grona nemezis Bourne’a i gra bezlitosnego zabójcę, który z bohaterem ma własne zatargi. Jest też szef popularnej platformy społecznościowej posiadający na sumieniu nielegalną współpracę z Deweyem… Ale ponad to trzeba wspomnieć o Alicii Vikander grającej Heather Lee z przenikliwym, lisim spojrzeniem, które z łatwością mogłoby ciskać gromy (mocno przypominającym jej postać z Ex Machiny). Jej niezwykle ciekawa i dwuznaczna postać każe widzowi śledzić każdy jej gest w celu odkrycia jej prawdziwych intencji. Wraz z Julią Stiles pokazują, że kobiece role mają nieraz więcej polotu niż męskie.

W tym zacnym gronie mamy bohatera wieczoru, czyli Matta Damona. Aktor z łatwością wchodzi znów w skórę Bourne’a i czuje się w niej doskonale – umiejętnie uchwytuje rozterki bohatera. Bourne nie potrafi ułożyć sobie życia po wydarzeniach z poprzednich części, jakby bycie agentem nadawało mu sens. Ciągle nie może sobie przypomnieć całej swojej przeszłości. Scenarzysta Christopher Rouse znalazł nowy wątek fabularny, na którym można oprzeć cały film.

Sceny pościgów są imponujące, szczególnie finał na ulicach Las Vegas (Vincent Cassel w opancerzonym pojeździe dosłownie wbijający się w sznur Bogu ducha winnych samochodów), nie mówiąc nawet o walkach wręcz, których choreografia jest wręcz perfekcyjna (tylko Bourne potrafi wyrwać nogę krzesła i powalić nią groźnego przeciwnika)! Autor zdjęć Barry Ackroyd (Kapitan Phillips, Hurt Locker) raczy nas ekscytującymi ujęciami z lotu ptaka i kamer przemysłowych, co oddaje atmosferę współczesnej kontroli rządowej dzięki monitoringom. 

A jednak siedząc na sali kinowej spojrzałam na zegarek. Dlaczego? Ciężko przeoczyć kilka rzucających się w oczy niedorzeczności. Heather Lee potrafi zawsze wychwycić Bourne’a z tłumu, a główny bohater posiada niezwykłą zdolność regeneracji – skacze ze szczytów budynków, pada na ziemię i otwiera oczy po kilku sekundach. Czyżby wpływ filmów o superbohaterach? 

Twórcy stworzyli kolejną część Bourne’a, która dostarcza dokładnie takich samych wrażeń, jak wszystkie poprzednie – pytanie więc brzmi, co odróżnia ją od reszty? Otóż nic. O ile pierwsza część wprowadziła do filmów szpiegowskich brudny realizm i uwrażliwiła gatunek na współczesne problemy, o tyle Jason Bourne nie umie zaproponować niczego oryginalnego. W końcu następuje znudzenie pościgami, powtarzalnością i dobrze znanymi wzorami fabularnymi.

Może nie warto już stawiać Bourne’a przed kolejnymi wyzwaniami i bezustannie ścigającymi go snajperami? Pozwólmy słynnemu agentowi odejść z klasą i cieszmy się myślą, że został wreszcie zwolniony z misji zadowalania widzów. Zasłużył pan sobie na to, panie Bourne.

Marta Jakubek

Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus