Opowieść o norweskim szaleństwie

plakat filmu Opowieść o norweskim szaleństwie

Zaletą kina norweskiego stał się niewątpliwie specyficzny, lekki rodzaj absurdu, który, opakowany w odpowiednią historię, tworzy obrazy ciekawe. Tak się rzecz miała w przypadku pamiętnych Kumpli Mortena Tylduma, których znakomite przyjęcie potwierdzają festiwalowe sukcesy. Norwegowie kręcą też, niezaprzeczalnie, kino prawdziwe - być może jest to jakiś spadek po skandynawskim manifeście Dogmy, choć oczywiście przykład ten jest tylko luźnym przemyśleniem. Jens Lien, ze swoim nowym filmem, wpisuje się w ów charakterystyczny ton norweskiej kinematografii. Niestety sposób w jaki to robi, nie do końca się sprawdza.

Historia skupia się tutaj wokół trójki przyjaciół - Jonny’ego, Magnusa i Tuvy, których wzajemne relacje są dość nietypowe. Otóż Jonny bez ustanku swawoli sobie z Tuvą, która jest żoną jego najlepszego przyjaciela Magnusa. Ten ostatni - mimo, że  nie świadomy sytuacji, zachowuje się jakby miał głęboką depresję i, chociaż kocha żonę, nie potrafi tego okazać. Tuva natomiast darzy miłością swojego małżonka chociaż namiętnym igraszkom z Jonny’m zwyczajnie nie potrafi się oprzeć. To relacyjne pogmatwanie dobija jeszcze życiowa nieporadność tytułowego bohatera, który wciąż mieszka z matką, a fortuny dorobić się pragnie, na sprzedaży……..dżdżownic. Absurd do potęgi!

Jens Lien miał chyba ambicje zaprezentować nam na ekranie ikony niedojrzałości - ludzi dorosłych, a pogrążonych w kompleksie Piotrusia Pana. Bohaterów, którzy zawsze chcą dobrze - niestety jednak, tylko chcą, bo kiedy przystępują do działanie potrafią jedynie nieporadnie rujnować. Niestety nagromadzenie absurdalnych perypetii wokół głównego bohatera, z których jedne śmieszą, inne natomiast przerażają, przyniosło zgoła inny efekt. I nie chodzi tu o jakość pomysłów, ale ich ilość. Cała masa życiowych niepowodzeń, które co krok atakują Jonnego, po czasie zaczyna zwyczajnie nużyć. Film, z początku lekko Coen’owski, dynamiczny i zabawny, zmienia się w przerażającą szarżę losu na biednego Norwega z małej miejscowości. Jakby cały wszechświat nagle chciał go ukarać. I do tego zakończenie - poważne i naprawde zaskakujące, ale oderwane całkowicie od obrazu.

Jonny Vang nie jest jednak filmem złym - jest całościowo, nazwijmy to, niestabilny. Cała masa elementów jak ciekawe aktorstwo, zdjęcia, czy nienaganny montaż, powinny łączyć się w dzieło atrakcyjne. U Jensa Liena, złączyły się jednak w kino średniej jakości.

To co działa na korzyść Jensa Liena, to fakt, że nie próbuje swojej opowieści na siłę uniwersalizować. Oczywiście postać Jonny’ego ma w sobie pewne cechy współczesnego everymana - wynika to jednak z wyraźnego zacierania różnic kulturowych, a nie z wysiłków reżysera i scenarzysty. I być może nie jest to ekranowe arcydzieło, jest natomiast z pewnością, obraz autentyczny. Taki, jakiego z nielicznymi wyjątkami, nikt tu w Polsce nie potrafi dziś stworzyć.


blog comments powered by Disqus