Overkill – recenzja filmu "Jurassic World"

Jurassic World to film jednocześnie tak straszny i tak cudowny, że trudno wydać na jego temat jednoznaczną opinię.

Z fabularnego punktu widzenia dostaliśmy dokładnie to, czego spodziewaliśmy się, kupując bilet. W pierwszych minutach poznajemy głównych bohaterów filmu. Najpierw pojawiają się dwaj bracia: nastoletni Zach, dokładnie w okresie buntu i antypatii do całego świata, oraz Gray, na oko ośmio-dziewięcioletni entuzjasta dinozaurów. Na scenę szybko wkraczają ich ciotka, zapracowana managerka Claire, oraz Owen, były żołnierz, aktualnie… treser raptorów. Po początkowej sielance, prezentacji charakterów postaci i świetnych efektów wizualnych, coś oczywiście musi pójść nie tak. Z klatki ucieka najnowszy twór naukowców, hybryda Indominus Rex, która miała przyciągnąć nowych turystów… a okazała się najgroźniejszym stworzeniem na wyspie.

Reszta filmu to sekwencje widowiskowych pościgów, walk, ucieczek oraz garść scen, które w założeniu miały chwytać za serce. Czyli dokładnie to, czego od tego filmu oczekiwaliśmy. Jak to wypada? Ano różnie.

Prostota fabuły w założeniu dała spore pole do popisu, jeśli chodzi o budowanie relacji między bohaterami czy zaprezentowanie "głębszych treści". Ten potencjał pozostał niewykorzystany. Przesłaniem filmu w założeniu jest to, że przemysł zbrojeniowy to "ci źli", których powinno się zwalczać. I uwierzcie, wypadło to tak płytko, jak zabrzmiało w zdaniu przed chwilą. Czwórka głównych bohaterów z kolei połączona jest dość stereotypowymi relacjami. Zach traktuje swojego młodszego brata jak piąte koło u wozu. W trakcie filmu zmienia się to, Gray staje się jego ukochanym braciszkiem, następuje typowy bonding, bohater dorasta. Inna sprawa, że często zostaje to podkreślone w scenach wywołujących uśmieszek zażenowania ("Proszę, potrzymaj ten akumulator, w końcu to ty jesteś ode mnie silniejszy, Gray" – serio?). Claire, karierowiczka, skupiona na pracy i wiecznie zajęta, okazuje się mieć sporo charakteru, zwłaszcza gdy w grę wchodzi współpraca z sarkastycznym Owenem (ach, to napięcie między bohaterami, które podaje się widzowi na zasadzie łopatologii) i konieczność ratowania zaginionych siostrzeńców.

Efekty specjalne są zrobione cudownie. Wielkie gady – czy to znany z trailera Mosasaurus hoffmani (największy przedstawiciel gatunku), wielkie zauropody apatozaury, znane wszystkim triceratopsy i cała galeria innych – wyglądają jak żywe. Nie można się na nie napatrzeć, a w wersji 3D niemal wyskakują z ekranu. Wystarczy zresztą zerknąć na listę płac – speców od efektów specjalnych i wizualnych jest chyba nawet więcej, niż aktorów, licząc z tymi trzecio- i czwartoplanowymi. Jednocześnie widać wyraźnie, że naukowa dokładność nie była najważniejsza przy produkcji.

Przykładowo żaden z dinozaurów nie ma piór. Już ładnych kilka lat temu paleontolodzy odkryli, że wiele z tych gadów było mniej lub bardziej upierzonych – zależnie od miejsca występowania i wielkości. Albo scena z pterozaurami. Widzimy, jak spore, na oko osiągające do 2-3 metrów rozpiętości skrzydeł latające gady unoszą ludzi w powietrze. To z kolei woła o pomstę do nieba – fizycznie jest niewykonalne ze względu zarówno na wagę i budowę zwierzęcia, jak i czystą fizykę, dzięki której mogą latać. Jakby było inaczej, orły mogłyby porywać pasterzy na górskich halach. No i velociraptory, które w Jurassic World ponownie są wielkości człowieka, a w rzeczywistości miały rozmiar… indyka. Cóż, najwyraźniej nie można mieć wszystkiego. Sceny z udziałem gadów są jednak tak widowiskowe, że ogląda się je jak bajki w dzieciństwie: z zachwytem  i otwartą buzią. W wersji 3D efekt jest jeszcze ciekawszy. Można więc wybaczyć braki w odwzorowaniu rzeczywistości – bo zabawa jest przednia.

W filmie znalazło się kilka ukłonów w stronę oryginalnego Parku Jurajskiego. Poza wspominaniem o jego istnieniu (ach, ten wypadek 22 lata temu…), pojawiają się: bohater noszący koszulkę ze znanym logo z tyranozaurem, cudowne, klasyczne dżipy, motyw muzyczny oraz… scena finałowa, o której nic więcej nie zdradzimy.

Jest też kilka scen tak głupich, że aż bolą. Na szczycie listy na pewno znajdzie się każda sekwencja, w której widać, jak Claire biegnie po lesie/kamienistym brzegu rzeki/ucieka przed dinozaurem w… szpilkach. Tak, ona przez cały film nosi wysokie szpile. Motyw z raptorami także jest zabawny. Jakkolwiek sam ich trening czy pościg w lesie z ich udziałem są w porządku, to już to, jak zdarza im się – powiedzmy – zmieniać frakcje, jest wyraźnie pod publiczkę i wywołuje pełne pobłażania dla reżysra zdziwienie. Bawi ciągłe pokazywanie Owena (Chris Pratt) jako "tak bardzo męskiego mężczyzny". No i finał. To był prawdziwy overkill. Było tam wszystko. Cholera, aż szkoda, że ze względu na spoilery nie wypada napisać więcej – ale uwierzcie, drodzy czytelnicy, że nie wiadomo, gdzie podziać oczy. I mimo świadomości tej niesamowitej, efekciarskiej przesady – ogląda się go ze szczęką na kolanach, aż do ostatniego kłapnięcia paszczą.

Aktorzy wypadają różnie. Trzeba przyznać, że grająca Claire śliczna Bryce Dallas Howard (Osada) spisała się świetnie, jest chyba najciekawsza z całej obsady. Chris Pratt jako zdecydowany, bystry i odważny "tańczący z raptorami" także wypadł nieźle, chociaż sprawia wrażenie "aktora jednej miny". Jako duetowi, który ma za zadanie przekomarzać się oraz ratować dwójkę dzieciaków, idzie im nieźle. Wyżyny aktorstwa to to nie są, aczkolwiek to akurat nie szkodzi. Drugi duet – grający braci Nick Robinson (znany z Królów lata) oraz Ty Simpkins (młody Tony Stark z Iron mana 3) wypadają mocno średnio. Pierwszy jest raczej denerwujący (trudno powiedzieć, czy nie potrafił zagrać, czy raczej postać była tak napisana), drugiemu brak doświadczenia, jakkolwiek jest lepszy od starszego kolegi. Nieźli za to są aktorzy drugoplanowi. W ostatecznym rozrachunku za grę Jurassic World może dostać 6/10.

Nie można nie wspomnieć o tym, że wiele niedostatków scenariusza zrównoważono w bardzo uroczy sposób: autoironią. Z ust Claire pada na przykład wyjaśnienie, dlaczego Indominus Rex nazywa  się tak… głupio. To miłe mrugnięcie okiem w stronę widza, zwłaszcza starszego.

Jurassic World to piękne widowisko ze średnią fabułą. Po seansie wyjdzie się z kina z mieszanymi uczuciami: zabawa była przednia, napięcie ciekawie zarysowane (na ogół), efekty genialne, ale jednak wiemy doskonale, że nie jest to film tak dobry, jak ten, który w 1993 stworzył Spielberg. Widać też, że twórcy celowali także w młodą widownię – sceny przemocy są dość sprytnie ukryte.  Mimo wszystko warto się wybrać – lepszej rozrywki w najbliższych miesiącach na pewno nie znajdziecie.



blog comments powered by Disqus