„Liga Sprawiedliwości” - alternatywna recenzja filmu

Autor: Korni

Rozgrywki niskiego lotu

 

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości spotkał się z mieszanymi odczuciami widzów, jednak oglądając najnowszy film DC, doświadczamy silnej tęsknoty za mrokiem dawnego Gotham. Grupa herosów, wzbogacona o świeże twarze i lżejszą, komediową narrację, stara się nadrobić finansowe straty do produkcji Marvela. Niestety, ta strategia nie jest udana.

 

Całe szczęście, że Liga Sprawiedliwości to nie tylko grupowe scenki rodzajowe, w których superbohaterowie wzajemnie sobie dogryzają, ale i sporo akcji. Wonder Woman (Gal Gadot), Flash (Ezra Miller), Cyborg (Ray Fisher) i Aquaman (Jason Momoa), zebrani przez Batmana (Ben Affleck), stają do walki z nowym wrogiem. Antagonistą jest Steppenwolf – wojownik z innej planety, który z racji swojego rogatego hełmu przypomina złoczyńcę z najnowszego filmu od Marvel Studios, czyli Thora: Ragnaroka). Jak łatwo przewidzieć, dostajemy dużą dawkę fantastycznych scen na najwyższym poziomie, a w tym szarżę dzikich Amazonek lub starcie w morskich odmętach. Stawką tego całego zamieszania jest wolność Wszechświata.

 

Podczas seansu nieustannie odnosimy wrażenie, że wciskamy przycisk replay. Oto bowiem grupa śmiałków nie z tej ziemi wyrusza przeciwko kosmicznemu złoczyńcy, a wszystko to dostajemy okraszone ironicznym poczuciem humoru i próbą wewnętrznego pogłębienia bohaterów. Starania twórców są jednak nieudolne. Postać Wonder Woman nie rozwija się w żadnym kierunku, a Flash przypomina nastoletniego, niepewnego siebie Spider-Mana, dla którego odbiciem Tony’ego Starka – mentora Pajączka – jest Bruce. Wydumane rozmowy między Dianą a Wayne’em o poczuciu winy i tęsknocie nie powodują wcale, że ich postacie są nam bliższe, tylko sztucznie wypełniają czas między jedną a drugą sceną walki. Dialogi, szczególnie w tych fragmentach, które mają uchodzić za romantyczne, wywołują salwy śmiechu na sali. Scenariusz skacze po scenach w różnym klimacie i w zawrotnym tempie, pozostawiając wiele niedomówień. Bez trudu zauważamy, kiedy materiał został wycięty. Mimo tych wad Ligę Sprawiedliwości ogląda się całkiem przyjemnie, bo w efekcie otrzymujemy bezpretensjonalne, lekkie kino. Pytanie tylko, czy właśnie tego oczekiwali fani…

 

 

Film stawiają na nogi nowi bohaterowie. Pomimo naiwnej i dobrze nam już znanej nastoletniej postawy Flasha, to właśnie on razem z Aquamanem i Cyborgiem stanowią mocny, wspierający produkcję filar. Zagadkowy Aquaman świetnie nadaje się na nową, czołową postać ze świata DC, której można poświęcić parę oddzielnych produkcji – zaginiona Atlantyda jest niezbadanym i intrygującym światem. Ray Fisher świetnie wypada w roli dopiero poznającego swoje możliwości Cyborga, który fabularnie ma bardzo duży potencjał. Natomiast Flash dodaje Lidze niewymuszone poczucie humoru, którego tak brakuje w sztucznie pompowanych dowcipem scenach zgromadzeń superbohaterów.

 

Po udanej Wonder Woman i słabym Batman v Superman: Świt sprawiedliwości Warner Bros. miało szansę zabłysnąć. Niestety, dwie godziny osadzone w uniwersum DC mijają jak w mgnieniu oka i to wcale nie z powodu wciągającej akcji ani niesamowitej szybkości Flasha. Fabuła goni do zjednoczenia Ligi, chaos na ekranie drażni, a drętwe sceny komediowe nieudolnie dążą do marvelowskiego klimatu. Całość ratuje świeża krew i – wbrew głównemu przesłaniu filmu (którego nie będziemy spoilerować) – to właśnie oni są prawdziwą nadzieją na udaną przyszłość uniwersum.

Korekta: Marta Kononienko

 

 


blog comments powered by Disqus