„Liga Sprawiedliwości” - recenzja filmu

Liga się jednoczy, Liga się broni.

Wielu fanów żywiło rozpaloną nadzieję na sukces najnowszego dzieła od DC i Warner Bros., co niewątpliwie sprawiło, że najnowsza historia o walce zespołu zebranego przez Batmana przeciwko Steppenwolfowi stała się jedną z najbardziej oczekiwanych superprodukcji tej jesieni. Część wielbicieli obawiała się jednak, że porażka z filmu Batman v Superman: Świt sprawiedliwości ponownie zapuka do drzwi studia i tym samym dostaną kolejną, mało strawną porcję, którą tylko nieliczni zdołają przełkną.

Nawet jeśli podzielaliście to przekonanie, musicie przyznać, że Justice League – kontynuując historię DC Extended Universe – wypracowała, choć po części, własny styl narracyjny. Aczkolwiek – czy jest on taki dobry?

Ojciec kinowego uniwersum DC – reżyser i producent Zack Snyder – zasłynął z tego, że swoich ekranowych superbohaterów kreował na wzór figur zakorzenionych w naszych wierzeniach czy mitach. Z całą pewnością ma to swój klimat, zwłaszcza że przez to jego filmy nie mają charakteru familijnego, tak jak mamy to w przypadku większości kinowych obrazów Marvel Cinematic Universe. Często też pierwsze ekranizacje od Warner Bros. i DC posiadają dość mroczną kolorystykę, a ich atmosfera miejscami jest wręcz tak „gęsta”, że dla widza staje się trudne wejście w opowiadaną historię i przeżywanie wydarzeń wraz z bohaterami. Nowy tytuł wprowadza pewien powiew świeżości, jednocześnie pozostając przy pewnych elementach wypracowanych zarówno w Wonder Woman, jak i dwóch pierwszych tytułach DCEU. Przyzwyczajenie do snyderowskiego patosu sprawiło, że w pewnym stopniu tęskniłem za tym elementem podczas seansu, choć niektóre rozważania bohaterów zbliżały się do tej koncepcji. Za to nieco większą lekkość w odbiorze film prawdopodobnie zawdzięcza zmianie na stanowisku reżyserskim przy samej końcówce produkcji, a więc Jossowi Whedonowi.

Zmiana ta – mimo przedpremierowych obaw – nie wpłynęła w żaden sposób na spójność obrazu. Tym, co przedstawia się w Lidze Sprawiedliwośc i jako zdecydowany plus, jest stylizacja. Otrzymujemy czysto komiksowe widowisko, podobnie jak w przypadku Suicide Squad, pełne wyrazistych kolorów, okraszone dosłownie odrobiną realności. Z tego względu już od pierwszych minut nie oczekujemy ogromnej ilości realizmu jak u Nolana, ale jednocześnie nie zderzamy się z kiczem jak w filmach o nietoperzu z Gotham z lat dziewięćdziesiątych, za które odpowiedzialny był Joel Schumacher. Miłośników efektów specjalnych chce jednak uspokoić – nie zabraknie Wam kadrów wypełnionych wybuchami, błyskawicami czy innymi efektami świetlnymi. Z drugiej strony oglądając ujęcia ze Steppenwolfem utwierdziłem się w fatalnej jakości CGI. Jego wygląd przypominał mi modele postaci z gier wideo sprzed ponad dekady.

Bohaterowie wypadają różnie. Nie będę rozpisywał się zbytnio o Gal Gadot, bowiem zachowała swoje dość wysokie standardy z ostatniego i do tej pory najlepiej przyjętego zarówno przez fanów, jak i krytyków obrazu, czyli Wonder Woman. Diana wciąż jest czarująca, waleczna i stanowi najmocniejszy trzon Ligi, w której tym razem staje się swego rodzaju „starszą siostrą między braćmi”. Luźne podejście do Aquamana to kolejny dobry krok. Zamiast wyalienowanego bohatera o altruistycznych pobudkach, otrzymaliśmy oryginalnego barbarzyńcę z ciętym dowcipem. Przez ostatnie kilka lat Grant Gustin przyzwyczaił nas do swojej wersji Flasha. Jednak Ezra Miller jako młody superbohater, który dopiero jako student wchodzi w życie, to zdecydowanie jeden z głównych filarów obsady. Jego trywialne żarty mają na tyle silną moc, by wywołać uśmiech na naszej twarzy, a my chętnie kibicujemy temu najmłodszemu członkowi grupy. Warto wspomnieć jeszcze o Supermanie w interpretacji Henry’ego Cavilla. Ostatni Syn Kryptona nie otrzymał wiele czasu ekranowego, ale jego zwiększona pewność siebie, a także wyraźnie dostrzegalna furia otwierają furtkę na nowe rozwiązania, pozwalające poeksperymentować z tą postacią, która – jak się okazuje – nie jest wcale taka jednowymiarowa.

Z przykrością stwierdzam, że Batman nie przekonał mnie do siebie i wypadł słabo na równi z Cyborgiem. To nie wina ani Bena Afflecka, ani Raya Fishera, tylko płytkiego podejścia do ich postaci w scenariuszu. Po „maszynie nie do zatrzymania” z 2016 r. dostaliśmy bardzo łagodną wersję Gacka, pozostającą miejscami zbyt delikatną i nie posiadającą swojego mrocznego trzonu. Pozbawienie mroku Bruce’a Wayne’a to jak zabranie dymu ogniowi – takie coś nie ma prawa istnieć, ponieważ nie będzie sobą. Czasami widać również, że Bruce jest kreowany na Starka w wykonaniu Roberta Downey’a Jr. Niestety, tutaj taka koncepcja się nie sprawdza. Sam czarny charakter też pozostaje nijaki. Jego prezencja wypada blado, a wypowiadane dialogi nie wywoływały w moim sercu przerażenia.

Fabuła filmu to coś bardzo prostego w swojej strukturze – bohaterowie się jednoczą i walczą z największym zagrożeniem, jakim do tej pory przyszło im się mierzyć. Całe szczęście, że nie dostaliśmy wielu wątków pobocznych, bo znowu moglibyśmy się pogubić, zaś krótkie wprowadzenie trzech bohaterów: Cyborga, Flasha i Aquamana zostało zaprezentowane w miarę zwięźle. Wielka szkoda, że nowa ekranizacja przygód superbohaterów DC trwa zaledwie dwie godziny, gdyż seans prosił się o więcej. Czemu tym razem skrócono materiał? Pozostawię to bez komentarza i liczę na wersję rozszerzoną na Blu-ray.

Liga sama się broni. Widać gołym okiem, że nie mamy do czynienia z majstersztykiem, który zapisze się w pamięci widzów jako wiekopomne dzieło. Jednakże niepowielanie drastycznych błędów z poprzednich części oraz doza innowacyjności sprawiają, że wychodząc z sali kinowej nie jesteśmy rozczarowani, a „S” na klacie Supermana daje nam na razie małą nadzieję na coraz to lepsze ekranizacje komiksów DC. Nie obyło się bez pomyłek, jednak ich skala nie była „zabójcza” i tym razem możemy przymknąć na nie oko. Światełkiem w tunelu pozostają też sceny w trakcie i po napisach końcowych. Mała rada – zostańcie, by je obejrzeć.
Znajdą się także malkontenci żądający Zielonej Latarni. Zachęcam do oglądania bardzo uważnie, gdyż twórcy puścili do was oczko. 

Korekta: Marta Kononienko


blog comments powered by Disqus