Gdyby świat był tak kolorowy i rozśpiewany, jak w tym filmie.

Autor: aDiego

Bollywoodzki hit, a w pewnych kręgach film już kultowy, podzielił społeczeństwo kinomanów. Jedni psioczyli, że pozwolili wyciągnąć się przez swoje kobiety na ten film, a inni zostali wręcz uwiedzieni przez bohaterów historii opowiedzianej w Czasem słońce, czasem deszcz. Same liczby wskazują na to, że drudzy „wygrali”. Film ten obejrzało już ponad 1,5 miliarda zadowolonych widzów. Czy życiowy optymizm wylewający się z ekranu i pochwała podstawowych wartości tj. rodziny, przyjaźni i lojalności faktycznie są aż tak dobre w tym obrazie? Przecież, to telenowela przeniesiona na duży ekran, a np. brazylijskie serie nie grzeszą rozumem. A może się mylę?

Ileż to razy słyszałem, że na seans Czasem słońce, czasem deszcz warto zaopatrzyć się w chusteczki higieniczne. Pierwsze minuty filmu dawały mi jednak do zrozumienia, że raczej obalę ten „mit”. Głupkowate zachowania aktorów i miny powodowały raczej na mej twarzy uśmiech litości. Zadawałem sobie pytanie – śmiać się, czy może płakać? Do tego doszedł zamerykanizowany Londyn, w którym uczennice College’u zachowują się jak „rozbrykane” amerykańskie smarkule. Wygląd, wygląd i jeszcze raz wygląd – trzy zasady, którymi owe panny się posługiwały. Jedyne, co mi przypominało miasto, które niedawno odwiedziłem, to był widok Tower Bridge i Big Bena z lotu ptaka i masa ekskluzywnych sklepów, gdzie mile widziani są turyści zostawiający w nich plik trzycyfrowych banknotów… Widok domostwa głównych bohaterów, „wypasionego” acz kameralnego (sądzę, że kosztowałby parę milionów funtów) w niczym nie przypominał mi charakterem i klimatem stolicy Wyspiarzy.
Czy można coś jeszcze zarzucić temu obrazowi rodem z Indii tak, aby już zupełnie zepsuć smak w ustach? Tak się właśnie zastanawiam, zastanawiam się, zastanawiam…
Czasem słońce, bo głównym bohaterom braku optymistycznego nastawienia do świata zarzucić nie można. Zaś czasem deszcz, bo i w prawdziwym życiu, nawet najbogatszym ludziom zdarzają się prócz wzlotów, także upadki.
Wspaniała choreografia, rozmach, jaki towarzyszy występom artystycznym i znakomita muzyka połączona ze śpiewami i motywami indyjskimi sprawia, że widowisko to nabiera screen10sensu. Jeśli jeszcze dodamy niebanalną historię, to wszystkie wcześniej opisane minusy schodzą na drugi plan. Może i gra aktorów, a raczej ich zachowanie rodem z brazylijskich tasiemców może irytować. Może widok rozwianych włosów tam, gdzie nie powinno być przeciągów śmieszy, bo też przypomina reklamy lakieru do włosów (na każdą pogodę;p). Z czasem jednak zacząłem się do tego przyzwyczajać, po prostu zagłębiać się w opowiadaną tutaj historię. Dałem się tak jak te 1,5 miliarda widzów porwać w rytm przepięknych piosenek. Czasem słońce, czasem deszcz odebrałem jako swego rodzaju widowisko. Bardzo udane zresztą i nie szkodzi, że przygotowane głównie z myślą o podboju rynku zachodniego, czy europejskiego. Przesłanie tej opowieści trafiło do mnie, a na wielu scenach wzruszałem się - i faktycznie, chusteczki przydały się. Pod koniec po prostu poryczałem się. A mówią, że chłopaki nie płaczą…
Film ten jest niebanalna historią o tym, jak duży wpływ na rodzinę może mieć złamanie jej tradycji. Pokazuje zachowanie się obu stron, z pewnego punktu widzenia nienawiść, a z drugiego chęć naprawienia złego. W końcu udowadnia nam to, że można się pogodzić i wiele sobie wybaczyć. Rodzinę przecież ma się jedną…
A dzięki swojskości, jaką na ekran wprowadzili twórcy indyjscy, dozie specyficznego humoru dla rozładowania emocji (choć czasem on emocje właśnie wzbudza, niekoniecznie te pozytywne;) i opleceniu całej tej historii wspaniałą muzyką i tańcami – wyszła mieszanka niezwykła. Film z pewnością nie dla każdego, ale na pewno film, który każdy powinien zobaczyć. Bo jeśli się nie spróbuje, to się też nie wyrobi sobie zdania. A w tym przypadku, nawet, jeśli te nie jest pozytywne, to nawet największy przeciwnik tego obrazu nie ujmie mu uroku, który bije z ekranu.
Z powyższych powodów bardzo długo zastanawiałem się nad oceną końcową filmu. Jako, że dział filmowy nie wystawia ocen, to z jednej strony miałem ten problem z głowy. Z kolei, recenzję tą napisałem z myślą o wydaniu DVD.
Film specyficzny, bo z jednej strony można go nie lubić za grę aktorską i „telenowelowatość”. Z drugiej jednak przedstawiony temat w oryginalnej oprawie audio-wizualnej zdaje się przekonywać. Mnie przekonał. I jest, to pierwszy film w mojej „karierze”, do którego mam sporo zastrzeżeń, a zarazem pokochałem go. Dlatego też ze skrupułami wystawiam ocenę celującą. Bo takiego filmu już nie będzie…

Jeśli ktoś ma ochotę zarzucić mi „podkolorowanie” oceny ze względu na wydanie DVD, to od razu uprzedzam – wcześniej Czasem słońce, czasem deszcz widziałem na VHS-ie i 21’ telewizorze, w stereo oczywiście.

Na koniec krótki cytat, który jest myślą przewodnią opisanego powyżej filmu:

Chodzi o to, aby kochać swoich rodziców

[Karan Johar]

Moją recenzję dedykuję swoim rodzicom, którym musiałem wyświetlić w domowym zaciszu ten film…

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus