Zróbmy sobie Shreka

plakat filmu Zróbmy sobie Shreka

Zróbmy sobie Shreka

Sukcesy zagranicznych animacji w polskich kinach nie dziwią już nikogo. Rewelacyjne wyniki finansowe Shreka, Epoki lodowcowej, Gdzie jest Nemo? są już wpisane w krajobraz kin. Hity wielkich wytwórni jak Pixar, DreamWorks, Blue Sky Studio to wielki wyścig o widza. Każda kolejna premiera musi być lepsza technicznie, animacja bardziej rzeczywista, a fabuła śmieszniejsza. Wyścig, który rozpoczął się wraz z pierwszą kinową animacją w technice 3D, Toy Story w 1996 roku nie ma jeszcze zakończenia. Do kin wchodzi właśnie Skok przez płot (DreamWorks), który ma zdetronizować wszechpanujące Auta (Pixar). Do rywalizacji o młodego – a coraz częściej dorosłego – widza wkraczają inni. W ostatnich latach pojawiło się kilka animowanych kontrpropozycji – Gnijąca panna młoda (Wielka Brytania), Trio z Belleville (Belgia), Terkel ma kłopoty (Dania), Książę Włodzimierz (Rosja) czy egzotyczny Król Słoń (Tajlandia). Po dziesięciu latach w Polsce postawiono przed twórcami pytanie – kiedy nasz Shrek?

Wiele hałasu…

Pokusa oczywista – tłumy widzów, wielkie pieniądze, cały rynek filmowy pada na kolana, fanfary grają… tyle z wizji, rzeczywistość przytłacza. Już od kilku lat trwają podejścia pod taką realizację. Chyba najdalej był projekt Wojciech Majewskiego Przebudzenie, oraz studio Virtual Magic z filmem Złote krople. Niestety nie można zapomnieć o jedynym pełnometrażowym filmie animowanym, który powstał w ostatnich latach z przeznaczeniem do kin – Tytus, Romek i A’Tomek wśród złodziei marzeń, o którym lepiej nie wspominać, jeśli chcemy zajmować się dobrymi produkcjami. O takim filmie musi myśleć każdy, kto zajmuje się animacją na poważnie. Tomek Bagiński również nie wyklucza takiej realizacji (powstają dwa scenariusze, oczywiście jak zwykle oparte na powieściach Jacka Dukaja), ale póki co przyznaje, że musimy na nią poczekać kilka lat. O popularności „narodowych produkcji” świadczy film Terkel ma kłopoty (Terkel i knibe, Dania 2004), którego obejrzało w Danii 300 tysięcy widzów, co przy pięciu milionach mieszkańców było wynikiem rewelacyjnym. Podobnie tajski Król Słoń bije wszelkie rekordy w kraju, a Kino Świat już zapowiada dystrybucję do Polski.

o nic?

Temat powrócił w 2004 roku, gdy firma Metro Films zaczęła rozmowy z Januszem Christą o zakupie praw do ekranizacji kultowego komiksu Kajko i Kokosz. W końcu nabyło je wrocławskie studio Virtual Magic i sprawa przycichła. W ramach uspokojenia fanów komiksu, którzy są szczególnie wyczuleni na profanację ich ukochanego dzieła, twórcy postanowili oddać w ich ręce sprawę dubbingu. Fani uznali, że Kajko będzie mówił głosem Macieja Stuhra, a Kokosz Cezarego Żaka. W czerwcu tego roku jak grom spłynęła informacja, że już jest – 15 minut na podstawie Zamachu Milusia wstrząsnęło światem animacji – oto jest przygrywka do polskiego Shreka. Przygrywka okazało się, że zagrała cichutko. Nie było śmiesznie, chwilami żenująco słabo. W Multikinach, gdzie szumnie zapowiadani Kajko i Kokosz przez dwa dni byli za daro wyświetlani, raczej nie słychać było salw śmiechu, które są charakterystyczne dla takich filmów. Rzeczywiście, bohaterowie poruszają się trochę niemrawo, wstawki z żuczkami komentującymi sceny jakby nie na miejscu i nie z tej bajki. Wszystko w animacji, którą czasem trudno było oglądać. Dialogi, których współautorem był znany z dubbingu do Shreka Bartosz Wierzbięta trochę zabawne, ale jakby zbyt na siłę śmieszne. Udanie wyszły fragmenty animacji z Milusiem, który jest słodki i milutki oraz skacowany kogut, który żąda testów genetycznych jak widzi, co wysiedział. Marcin Męczkowski, jeden z reżyserów filmy mówi film jest dla nas testem przed dużą produkcją. Może raczej nie testem, a reklamą dla ewentualnych sponsorów (podobno trwają rozmowy z ITI, których stawką może być nawet 10 milionów złotych). Bo bez pieniędzy się nie uda.

Róbmy swoje

Sława polskiej animacji, nominowany do Oscara za Katedrę Tomek Bagiński (Platige Image) mówi, że 3D to tylko nazwa techniki, można w ten sposób wygenerować 90 minut animacji i w choćby dwa tygodnie, tyle, że nie będzie się to nadawało do oglądania. Dalej idzie w swojej opinii Zbigniew Żmudzki (Se-ma-for), producent docenianej na całym świecie krótkiej animacji Ichthys: jest jeden problem, Shrek kosztował kilkadziesiąt milionów dolarów i to jest odpowiedź – nigdy nie zrobimy. Koszty produkcji takiego filmu przekraczają kilkakrotnie koszty kręconych w Polsce filmów fabularnych. Największym problemem jest czas produkcji – jeśli są rekordziści, którzy potrafią stworzyć film w 16 dni, to twórcy animacji potrzebują na to przynajmniej dwóch lat. Obecnie jesteśmy opóźnieni technicznie w stosunku do USA, co za trzy lata tylko się pogłębi. Tak więc ratunkiem dla polskich twórców jest stylizacja, coś czym zasłynęło Trio z Belleville (reż. Sylvain Chomet, Francja, Belgia, Kanada) – animacja tradycyjna, która zdobyła wiernych fanów na całym świecie specyficznym klimatem, charakterystyczną kreską i dowcipem. Żmudzki: naszą siłą mogłoby być łączenie technik, na przykład łaczenie animacji rysunkowej z techniką 3D, czy łączenie animacji przestrzennej, lalkowej z cyfrową. Dodajmy, że takie filmy otrzymywały w ostatnich latach Oscary.

Jak nie wiadomo o co chodzi

Brak pieniędzy determinuje to czym obecnie zajmują się tak znane studia jak Se-ma-for, czy krakowskie Studio Filmów Animowanych. Temu pierwszemu dopisało szczęście, po kilku chudych latach z propozycją do Se-ma-fora wystąpiła laureatka BAFTA Suzie Templeton i obecnie studio jest w trakcie produkcji ekranizacji baletu Prokofiewa Piotruś i wilk, którego produkcja wyniesie prawie 2 miliony funtów. Chlubny wyjątek niestety wyjątkiem pozostaje, inni, czasem bardzo zdolni twórcy muszą sprzedawać swoje umiejętności do chałturniczej pracy przy napisach reklam, czy podobnych „dziełach”, gdyż nie mają jak utrzymać się z działalności artystycznej. Kamil Polak, który w Łodzi realizuje film krótkometrażowy Świteź, za pracę przy nim dostanie 20 tysięcy, co może byłoby wysoką kwotą przy filmie fabularnym, ale pracując przez dwa lata nad tym projektem nie może być zadowolony z finansowania polskiej animacji. Dotychczas siłą animacji w Polsce były krótkometrażowe produkcje, to tutaj nasza kinematografia osiągnęła największy sukces – Oscar za Tango Rybczyńskiego, dzisiaj mało kto o tym pamięta. Nawet powołany na mocy tzw. Ustawy o kinematografii Polski Instytut Sztuki Filmowej obniżył górną wysokość dotacji dla animacji pełnometrażowych. Trwająca kilkanaście minut animacja o człowieku, który w tajemniczej restauracji chce zamówić rybę – Ichthys – kosztowała producentów ok. 500 tysięcy złotych. Jeśli więc porywamy się na „polskiego Shreka” to musimy mieć bardzo duże pieniądze.

Mało nas

Oprócz kasy potrzebni są twórcy. Gdy kilka lat temu reaktywowano Se-ma-for najmłodszym ich twórcą był pięćdziesięcioletni wówczas Marek Skrobecki (dim., Ichthys). Obecnie coraz więcej młodych osób współpracuje ze studiami animacji. Jednak w technice komputerowej nadal jest ich zbyt mało. Producenci musza sami szkolić pracowników, a zapowiadające Kajko i Kokosza Virtual Magic nie ma grupy prawie stu osób, która mogłaby się profesjonalnie zająć takim projektem. W Stanach nad filmem pracuje ponad 200 ludzi, a w jednym czasie Pixar produkuje mniej więcej trzy filmy. Mimo wszystko Żmudzki zauważa: to jest pomysł szalony, ale bez takich ludzi nie ma kinematografii, bez szaleńców, którzy rzucają się na głęboka wodę. Jeśli się okaże, ze wyszedł rewelacyjnie to znajdzie przebicie na Zachód.

Ostatnia deska ratunku

Jeśli już powstanie Kajko i Kokosz, to dla kogo? Młoda publiczność nie zna tej historii, a większość uważa ją za jakiś słowiański klon Asteriksa i Obeliksa. Dorośli pójdą chętnie, choć bez krytyki się nie obejdzie, taka dola kultowych tekstów. Ale to tylko w Polsce. Film nie może być zrobiony tylko na nasz rynek, musi tak wyglądać i brzmieć, żeby oglądali go ludzie na całym świecie. Na ten temat zdania są podzielone, jedni producenci uważają, że filmy powinniśmy robić na polski rynek, bo to polska kinematografia, inni, że najważniejsze jest sprzedać go na Zachód. Sprzedać – filmy się sprzedaje, niestety nie u nas. Oprócz Kino Polska i TVP Kultura nie mamy możliwości zobaczenia krótkich animacji, które na światowych festiwalach zdobywają nagrody.

Marcin Kobylecki z Platige Image mówi, że krótkie filmy animowane kupują także telewizje zachodnie, jako przysłowiowy „deser” w swojej ramówce. Śmieszna sytuacja, iż „Sztukę spadania” częściej można zobaczyć w telewizji w Hiszpanii czy też we Francji niż w ramówce naszych rodzimych stacji, które kompletnie nie są zainteresowane tego typu produkcjami Także kin nie stac na pokazywanie shortów przed filmami pełnometrażowymi. Prawie zawsze robi tak Pixar (obecnie przed Autami pokazywany jest Człowiek-orkiestra), łącząc w ten sposób zarabianie pieniędzy z artystycznymi pomysłami

Jeśli więc jest aż tak źle, to co robić? Mamy się czym pochwalić na świecie – wybitni twórcy jak Schabenbeck, Dumała, Rybczyński, Bagiński, Skrobecki, w Niemczech Plucińska – tylko, że sami nie potrafimy zrozumieć potrzeb tego rynku. Problemów jest mnóstwo, Tomek Bagiński mówi, że wciąż jesteśmy jeszcze przed punktem, w którym da się powiedzieć - tak film taki może powstać i będzie dobry. Jeśli mimo tego powstanie Kajko i Kokosz to powinniśmy się cieszyć, choćby Kokosz był kiepskim graficznie mutantem złożonym z Obeliksa i Shreka. Kino bez ryzyka i odwagi nie może się rozwijać, a nasza kinematografia już zbyt długo była rozważna i romantyczna.

Po dziesięciu latach od pierwszej w pełni komputerowej animacji Toy Story pojawiło się pytanie - kiedy powstanie "polski Shrek". Kajko i Kokosz studia Virtual Magic to pierwsza poważna próba odpowiedzi. Czy jednak realna?


blog comments powered by Disqus