O miłości egzotycznie

plakat filmu O miłości egzotycznie

Gdyby jutra nie było to kolejna produkcja indyjska, która zawitała do polskich kin. Czołowy rynek filmowy świata wart jest tego by przyjrzeć się mu z bliska, z odległości dzielącej fotel od kinowego ekranu. Dla znawców wabikiem może być fakt, że film stworzyli autorzy przebojowego Czasem słońce, czasem deszcz, które, również u nas, wzbudziło szeroką dyskusję o kinematografii indyjskiej. Możemy się zastanawiać, po co nam kolejny „kiczowaty” produkt z dalekiego kraju, po co kino, które nie sprawia, że plecy przechodzą ciarki a umysł pełen jest egzystencjalnych pytań? Postarajmy się odpowiedzieć na to pytanie przyglądając się Nikhilovi Advani i jego wizji świata.

Naina mieszka w Nowym Jorku, jest hinduską, a jej rodzina składa się z pendżabskiej babki i katolickiej matki. Ciągłe spory dotyczące religii (babcia każdego ranka na całe osiedle "wrzeszczy" wraz z koleżankami modlitwy do swojej bogini) chyba już denerwują dziewczynę, która zapomina o nich jedynie na uczelni i w towarzystwie przystojnego playboya, Rohita. Naina nie wierzy w miłość, ciągle podkreśla swoją niezależność, nowoczesność i lodowatość w stosunkach damsko-męskich. Faceci nie są dla niej, ona woli pogrążyć się w książkach i sprawach domu. Życie Nainy dalej szło by pewnie utartym torem – między matką a babką, szkołą a zalotami Rohita - gdyby nie nowy sąsiad, który okazuje się dziwakiem i niepoprawnym wesołkiem, przynajmniej w oczach dziewczyny. Jednak tylko ona nie jest zachwycona towarzystwem Amana, który swoją bezpośredniością i radością z życia, zdobywa sympatię wszystkich mieszkańców dzielnicy. Sprawy się komplikują, gdy w grę zaczyna wchodzić miłość, a w tle pojawia się tajemnica skrywana przez Amana, która sprawi, że życie nie będzie płynąć na słodkich falach podniosłych uczuć.

Tym razem zostajemy przeniesieni do Nowego Jorku, patrzymy na niego z punktu widzenia pewnej dość specyficznej grupy etnicznej – Hindusów. Jak to bywa wśród wielomilionowych narodów dzielą się oni na różne podgrupy. W filmie możemy zobaczyć jak bardzo różnią się od siebie Gudżaratczycy i Pendżabczycy. Jedni są ascetyczni, drudzy opływają w bogactwach, jedni drugich nie lubią, ale miłość połączy wszystkich – przynajmniej w bollywoodzkim filmie. Nakreślenie wyrazistych postaci jest bardzo ważną rzeczą dla twórców tego kina, są to osoby o oczywistych cechach charakteru, wręcz czarno-białe. Przykładem niech będzie Rohit – podrywacz, pochodzący z zamożnej rodziny, przystojny, dobrze zarabiający. Mimo tego, że nadal jest „dużym dzieckiem” to widz nie może go nie polubić, jest uczciwy, uczuciowy, grzeczny, budzi olbrzymią sympatię. W filmach bollywoodzkich nie ma złych ludzi, nawet największy drań przemieni się w anioła. Zabawnym elementem są wątki w rodzaju rywalizacji indyjsko-chińskiej - tu widzimy jak lokal, którego właścicielką jest matka Nainy, za pomocą Amana zabiera klientelę chińskiej restauacji znajdzującej się po drugiej stronie ulicy - czy propagandowe ukazywanie dobrego wtopienia się Hindusów w społeczność amerykańską.

Gdyby jutra nie było wypełnia muzyka, która w stosunku do Czasem słońce...  przeszła ogromną ewolucję. Jest już bardziej międzynarodowo, nowoczesnośnie, pojawia się hip-hop czy przeróbki amerykańskich hitów takich jak Pretty Woman Roya Orbisona. Niestety w nowym filmie nie ma wiele piosenek, jest kilka widowiskowych scen tanecznych z piękną i wcale nie etniczną choreografią, ale zdecydowanie nie jest to musical. Niestety… gra aktorska nie urzeka, sugestywność i teatralność, sztuczność i przesada przerażają wyrobionego widza. Sprawa ma się zupełnie inaczej, gdy spojrzeć na bollywodzkich aktorów oczami widzów z Półwyspu Indyjskiego, dla których film został zrealizowany. Przyzwyczajeni do widowisk religijnych, gdzie drugim aktorem obok człowieka jest maska, makijaż, strój, potrzebują oni wyrazistych wskazówek, wyrazistych znaków po których odczytają charakter postaci. Świat filmu indyjskiego to świat symboli, prostych i oczywistych, tak, by każdy z wielomilionowej publiki potrafił je odczytać. Oglądając Gdyby jutra nie było zejdźmy z wyżyn europejskiego kina dla smakoszy, a pomyślmy o jednym z wielu milionów Hindusów, mieszkającego w małej wiosce pod Himalajami czy w sercu Bombaju, gdyż to film dla niego, a my jesteśmy tylko gośćmi w nieswoim domu.

Zainteresowanie filmami indyjskimi rośnie, z tej okazji choć raz warto pójść i spróbować wytrzymać w kinie trzy godziny, poczuć się jakbyśmy byli w Delhi, obok nas siedział w podartej szacie członek najniższej kasty, przed nami z popcornem bramin, a na ekranie bożyszcze tłumów Shah Rukh Khan mówiący z emfazą, że miłość jest silniejsza od śmierci. Może się nie wzruszymy, choć kto wie?


blog comments powered by Disqus