Jak to na wojence ładnie - recenzja filmu "Karbala"

Polska kinematografia jakoś ma pecha do kina wojennego. Większość produkcji tego typu powstała jeszcze za czasów, jak to się mawia, wrogiego reżimu i ociekała wręcz patosem oraz miłością do braci Rosjan. Tytuły takie jak Koniec naszego świata czy Sławna jak Sarajewo to dla większości z nas, widzów, raczej nowość i kuriozum, niż filmy, które chcemy obejrzeć. Komedie takie jak C.K. Dezerterzy albo Jak rozpętałem drugą wojnę światową to zupełnie oddzielny nurt, który trudno tu brać pod uwagę.

Po okresie przemian powstało dosłownie kilka produkcji. Demony wojny według Goi oraz Operacja Samum Pasikowskiego, które jednak trudno nazwać całkowicie zadowalającymi, a poza tym jedynie nie do końca udane Miasto 44, Obława Krzyształowicz (czy ktoś ją jeszcze pamięta?) czy epickie i patetyczne laurki jak 1920 Bitwa warszawska. Poza tym nakręcono może 2-3 inne filmy, o których nikt nie pamięta.

Na tym tle Karbala wypada naprawdę bardzo dobrze. Przede wszystkim twórcy odchodzą w końcu od tradycyjnej niemal Jedynej Słusznej Wojny i akcję osadzają w  Karbali, mieście w samym centrum Iraku. Rok 2004, zaledwie dwa lata po rozpoczęciu przez USA działań militarnych na terenie Iraku („operacja Iracka Wolność”), kiedy w przywracanie spokoju w kraju po obaleniu reżimu Husajna zaangażowane zostały międzynarodowe – w tym polskie – siły. Scenarzysta i reżyser, Krzysztof Łukaszewicz, wziął na warsztat najtrudniejszy z momentów interwencji Polaków: bitwę o City Hall. Akcja miała miejsce w kwietniu 2004 roku i rzeczywiście trudno się nie zgodzić, że zasłużyła na swój film.

Bogiem a prawdą fabularnie widzimy sporo znanych motywów charakterystycznych dla kina wojennego. Film rozpoczyna się, gdy do Iraku przybywa nowy kontyngent żołnierzy, w tym nieopierzony świeżak-sanitariusz Kamil Grad (Antoni Królikowski). Już w drodze do jednostki wpadają w pułapkę. Jeden z żołnierzy ginie, a Grad trafia do wojskowego aresztu. Jego zwierzchnik, kapitan Kalicki, dostaje rozkaz odparcia ataku w czasie prawdopodobnego zamachu szyickich fundamentalistów na City Hall – siedzibę niezależnych irackich władz. Łatwiej jednak powiedzieć, niż zrobić. Część żołnierzy z jego oddziału trafia w zasadzkę, Grad musi się ukrywać, a posiłki nie mają szans dotrzeć do Karbali. Kalicki musi utrzymać pozycję trzy dni.

Fabuła jest prosta i nie trzeba się w nią bardziej zagłębiać – o to też chodziło. Wątki poboczne są ciekawsze – rozmowy żołnierzy, sytuacja Grada, trochę zakulisowej polityki. Tu też wkradła się szablonowość, ale w tym nie najgorszym znaczeniu: motywy znane z amerykańskich filmów sprawdzają się całkiem nieźle. Mowa tu czy to o podążaniu za młodym szeregowym, konflikcie dwóch braci-żołnierzy, czy nawet o momencie, gdy na ekranie pojawia się polska flaga powiewająca na wietrze. Niby znane, ale ogląda się bardzo przyjemnie. Dobre wrażenie robi też klamra, którą zgrabnie spięto film: początek i koniec są do siebie niepokojąco podobne.

Gra aktorska była, niestety, nierówna. Tak jak Bartłomiej Topa świetnie zagrał kapitana Kalickiego, oddając bez problemu całe spektrum emocji targających w pewnym momencie postawionym pod ścianę przywódcą, a Atheer Adel, niezbyt u nas znany aktor o arabskich korzeniach, jako Farid naprawdę wpada w oko, tak grający jedną z głównych ról Królikowski rozczarowuje. Jest w najlepszym przypadku poprawny. Wielu aktorów drugoplanowych wypadło lepiej niż on, na przykład Michał Żurawski (sierżant Waszczuk, porwany przez Irakijczyków) czy Zbigniew Stryj (gen. Dąbek).

Ogromne wrażenie robią dekoracje i scenografia. Nie można o nich nie wspomnieć. Oglądając, widz nie uwierzyłby, że cała filmowa Karbala powstała… na terenie warszawskiej fabryki FSO na Żeraniu. Ponoć stworzenie miasta kosztowało milion złotych, a jeszcze przed zimą trzeba będzie je rozebrać – warunki pogodowe mu nie sprzyjają, a FSO nie chce go składować. Szkoda, bo dekoracje są perfekcyjne. W połączeniu z dobrze dobranym oświetleniem i kadrami robią niesamowite wrażenie: wyniszczony wojną Irak jak żywy. Jeśli to może być nowa jakość polskiego kina, to jak najbardziej jestem za!

A skoro wspomniane zostało o kadrach, należy też wytknąć niedociągnięcia operatora i reżysera. W scenach walki konsekwentnie i z uporem maniaka wykorzystywali efekt „drżącej ręki”: kamera ciągle się trzęsła, imitując zapewne punkt widzenia walczącego żołnierza. Gdyby ograniczono używanie  tego motywu do jednej sceny albo krótkich kadrów, to może by się sprawdził, jednak tu występował w każdej (naprawdę!) walce. Przez to odbiór był utrudniony, obraz nieostry, a widz dostawał oczopląsu. Nieładnie, drodzy twórcy, to był brzydki błąd.

O czym jeszcze warto wspomnieć? To już uwaga nieco na marginesie, ale Karbala weszła do kin w nieco nieszczęśliwym momencie. Ze względu na kryzys związany z wojną w Syrii i falami uchodźców na granicach Europy, możecie spodziewać się w kinie niechcianych atrakcji – sama doświadczyłam okrzyków w stylu „Bij arabskiego śmiecia” i zbliżonych, acz mniej kulturalnych, znajomi zaś donoszą, że nie był to odosobniony przypadek. Weźcie to pod uwagę wybierając seans – lepiej udać się na jeden z mniej popularnych w tygodniu, w mniejszych kinach.

Podsumowując, Karbala daje nadzieję, że w polskim kinie coś drgnęło. To dobrze zrobiony, porządny film, bez fajerwerków i z paroma potknięciami, ale jak najbardziej do obejrzenia. Nie ma efektu WOW, obsada nie była do końca dobrze dobrana (ach, ten Królikowski…), a operator powinien zastanowić się nad swoimi czynami, jednak seans można zaliczyć do całkiem udanych. Ocena waha się pomiędzy 6 a 7 na 10, więc dajmy mu 6,5.  

Korekta: Anna Ruszczak

Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus