Nierówno, nudnawo i trochę od czapy - recenzja 1. sezonu serialu "Killjoys"

Jakiś czas temu fani SF mogli obejrzeć ostatni odcinek pierwszej serii Killjoys, przygodowej space opery, zapowiadanej wielokrotnie jako następca kultowego Firefly. Killjoys mają wszystko: łowców nagród, statki kosmiczne, ruch oporu, efekty specjalne, załogę z przeszłością... a mimo to serial jest po prostu słaby. Jak twórcy do tego doszli?

Pierwszy sezon składa się z dziesięciu odcinków, emitowanych od czerwca. SyFy, producent tego cuda, serwuje nam opowieść o przygodach załogi killjoyów - kontraktowych łowców głów, zrzeszonych w specjalnej organizacji. Główna bohaterka, Dutch, tajemnicza i groźna piękność, oraz John Jaqobis – sympatyczny cwaniak z zacięciem do technikaliów – stanowią jeden z najlepszych duetów w całym układzie J Star, systemie Quad (w odległej galaktyce, oczywiście). W pierwszym odcinku udaje im się powiększyć drużynę o brata Johna, D’avina, byłego żołnierza, aktualnie bezrobotnego. W kolejnych epizodach scenarzyści starają się nie tylko wysyłać ekipę na odpowiednio atrakcyjne misje, ale też zarysować sytuację polityczną i społeczną Quadu, dorzucając do tego mroczne tajemnice z przeszłości głównych bohaterów.

Stwierdzenie zawarte we wstępie – że serial jest słaby – może być nieco na wyrost. Od strony wizualnej jest świetnie dopracowany, a niektórzy bohaterowie naprawdę cieszą oko i serce. Pejzaże, sceny w kosmosie – to prawdziwe cacko i balsam dla oczu, aż chce się to oglądać na jak największym ekranie. Sceny walki wyglądają realistycznie, zadbano też o szczegóły (jak charakterystyczne butelki do alkoholu hokk). Sam zamysł również może zainteresować, stąd zapewne wysokie oceny na serwisach filmowych typu IMDB. Jednak już po pierwszym docinku – Bangarang – ci widzowie, którzy oczekiwali wciągającej fabuły i klimatu na miarę Firefly (tak, te zabiegi marketingowe...) poczują się zawiedzeni. Ale po kolei.

Dobór aktorów może nieco rozdrażnić. Aaron Ashmore, grający Johna, akurat idealnie wpasowuje się w klimat serii i w swoją postać. Zawadiacki uśmiech, chłopięcy urok i dość przeciętna uroda to to, czego potrzebował ten killjoy. Nieco denerwująca jest Hannah John-Kamen. Chociaż jej egzotyczna uroda jest intrygująca i fizycznie pasuje do postaci Dutch, tak sposób gry – już mniej. Momentami wydaje się, że aktorka ma tylko trzy tryby: sceny walki (tu wypada dobrze), mina wyrażająca ból, głównie wewnętrzny, oraz złość (najczęściej na jej mentora). Zdarza jej się też rzucać powłóczyste, w założeniu uwodzicielskie spojrzenia. Luke Macfarlane z kolei idealnie wpasowuje się w rolę żołnierza, a przy tym wyraźnie widać, że został wybrany ze względu na swoje fizyczne atrybuty: wysoki, umięśniony i przystojny w lubianym przez amerykańskiego widza stylu. Przez większość czasu zmaga się z mrocznymi tajemnicami przeszłości na przemian z próbami nawiązania głębszej relacji z Dutch. Cała trójka bohaterów wyraźnie woła: wzięli mnie, bo jestem ładny! Brakuje im po prostu ikry, jedynie Ashmore ratuje jakoś sytuację. Aktorzy drugoplanowi, co ciekawe, są dużo bardziej interesujący – zarówno grający barmana Thom Allison, jak i Morgan Kelly, wcielający się w przywódcę mnichów, są lepsi w tym, co robią, od Macfarlane'a.

Fabularnie początkowo było nieźle. Póki scenarzyści trzymali się znanego schematu (po jednej przygodzie na odcinek), oglądało się Killjoys z pewną sympatią, jako przyjemną przygodówkę w kosmosie, choć miejscami fabularnie niedopracowaną. Gdy jednak zaczęły się motywy związane z tropieniem tajemniczej przeszłości Dutch i jej morderczego mentora-supermana, spraw związanych z eksperymentami wojskowymi czy rebelianckiego podziemia Quadu – którego skomplikowana polityka najwyraźniej przekroczyła zdolności scenarzystów, przez co nie udało im się przekazać zbyt wiele – wszystko zaczęło się sypać. Gdyby zajęli się wyłącznie jednym z tych wątków, zapewne udałoby się uratować całość. Tak jednak twórcy zmuszeni byli zaledwie liznąć każdy po powierzchni, naprzemiennie na dodatek, więc całość okazała się średnio strawnym miszmaszem. Podanym, owszem, ładnie, ale jednak niezadowalającym.

Dochodzi też kwestia może nie dla każdego istotna, ale zwracająca uwagę: muzyka. Sam soundtrack jest naprawdę przyjemny: z mocną gitarą, rockowy, wpadający w ucho. Problem jest jednak taki, że reżyserzy odpowiadający za kolejne odcinki nie zawsze potrafili dobrze dobrać muzykę do sceny. Efektem jest to, że często utwór przytłacza i wręcz zagłusza wydarzenia na ekranie, skutecznie odciągając uwagę widza.

Killjoys ma (miało?) ogromny potencjał, jednak został on niemal zupełnie niewykorzystany. Może się podobać, może służyć jako niezłe oglądadło do obiadu czy w przerwie od pracy, ale jeśli producenci nie poprawią poziomu fabuły, nie ma co wróżyć serialowi długiej i bogatej przyszłości. 

Korekta: Anna Ruszczak



blog comments powered by Disqus