"Król Artur: Legenda miecza" - recenzja filmu

Autor: osti

„Gra o tron” spotyka „Ocean's 11”

Każdy, kto chciałby w dzisiejszych czasach nakręcić obraz w klimatach typowego fantasy, staje przed widmem nieuchronnej klęski w starciu z porównaniami do filmowego Władcy Pierścieni albo serialowej Gry o tron. Kluczem do przetrwania w tak niesprzyjających warunkach jest znalezienie elementu, który wyróżni daną produkcję na tle tej zacnej konkurencji. Czy Guy Ritchie jest człowiekiem od tej roboty?

Ostatnie pozycje w filmografii tego reżysera to w moim osobistym rankingu absolutne perełki. Rock'N'rolla, dwie części Sherlocka Holmesa oraz Kryptonim U.N.C.L.E. cechują się rewelacyjnym montażem, nienachalnym (ale i tak wywołującym salwy śmiechu) poczuciem humoru oraz doskonałym aktorstwem – a wszystko to okraszone niepowtarzalnym klimatem. Dlatego też pełen nadziei oczekiwałem na najnowsze dzieło byłego męża Madonny – jeśli ktoś miał wyrwać nurt fantasy ze sztampy, to właśnie on!

Pierwsze sceny Króla Artura mocno nadszarpnęły jednak mają wiarę. Podzielenie świata na żyjące w konflikcie rasy ludzi i magów jest trochę naciągane, a otwierająca film bitwa wywołuje nieprzyjemne uczucie deja vu – szturmujące na kamienny zamek ogromne słonie z wieżami oblężniczymi na plecach widzieliśmy już przecież w Powrocie Króla. Początek wypada zatem nieco blado, jednak już po kilku minutach seansu do akcji wkraczają Eric Bana z magicznym mieczem oraz Jude Law zawierający pakt z mrocznymi mocami – i robi się naprawdę ciekawie.

Dopiero po jakimś czasie poznajemy głównego bohatera, którego dorastanie przedstawiono w formie bardzo zbliżonej do teledysku. W tle przygrywa kapitalna muzyka, jakiej na pewno nie słyszeliście jeszcze w żadnym filmie fantasy. Dowiadujemy się, że tytułowy Artur wychował się w zamtuzie i jest typowym dzieckiem z ulicy, zatem zupełnie nie w głowie mu obejmowanie tronu, nawet kiedy dość niespodziewanie okazuje się prawowitym właścicielem Excalibura. Jego tryb życia i kontakty z miejskimi władzami jak żywo przypominają nam drobnych cwaniaczków wyjętych prosto z poprzednich obrazów Guya RitchiegoPrzekrętu i Rock'N'Rolli.

W protagonistę wciela się Charlie Hunnam, wobec którego widzowie i krytycy mieli wiele wątpliwości przed premierą filmu. Jednak aktor już nie raz pokazał swój doskonały kunszt – chociażby w Synach Anarchii czy Hooligans. Wystylizowany na Gunnara z Wikingów i wystrojony w ciuchy, w jakich z powodzeniem można by wyjść dzisiaj na ulicę, Hunnam perfekcyjnie przedstawia chłopaka, który staje oko w oko z przeznaczeniem i wychodzi z tego starcia jako prawdziwy król.

Również inni aktorzy doskonale wpisali się w wymyśloną przez Guya Ritchego konwencję „nowoczesnego fantasy”. Wspomniani już Eric Bana i Jude Law to klasa sama w sobie, a znany z Gladiatora Djimon Hounsou oraz uwielbiany przez fanów Gry o tron Aidan Gillen tworzą niebanalny i bardzo udany duet. Bardzo mało czasu ekranowego otrzymała Astrid Berges-Frisbey (to ta syrenka z czwartej części Piratów z Karaibów), ale dzięki temu wykreowana przez nią mag jest jeszcze bardziej tajemnicza.

Nawet niezbyt wprawne oko wychwyci kilka ciekawych postaci drugoplanowych. Gościnny występ Davida Beckhama jest bardzo szeroko komentowany w sieci, choć nie należał do specjalnie udanych. Znacznie lepiej wypadł Michael McElhatton (Lord Roose Bolton z Gry o tron), który doskonale sprawdził się w jednej z najzabawniejszych scen w filmie.

W kwestii doboru aktorów ciężko przemilczeć kwestie poprawności politycznej, która atakuje Hollywood zacieklej niż zwykle. Ja rozumiem, że fantasy, ale średniowieczna Anglia nie była aż tak multi-kulti jak dzisiaj... Wygląda jednak na to, że teraz w każdej filmowej paczce musi się znaleźć czarnoskóry oraz Azjata. Na szczęście efekty tego zabiegu nie są tak bardzo żenujące jak w Wonder Woman (Indianin wysyłający znaki dymne na polach I wojny światowej), bo Djimon Hounsou zagrał naprawdę świetnie, a postać Kung-Fu George'a została potraktowana lekko i ze sporym dystansem.

Twórcy zrobili wszystko co w ich mocy, aby Legenda Miecza mogła zostać nazwana widowiskiem spektakularnym. Efekty czarów, magiczne stworzenia i sypiący iskry oręż wzbudzają podziw. Podczas scen walk akcja raz zwalnia, a czasem przyspiesza – podobne techniki zaobserwować można na zwiastunach do komputerowego Wiedźmina. Takie ujęcia przygotowano z dbałością o nawet najmniejsze detale, jednak czasem – mimo bardzo mocnego spowolnienia kamery – nie byłem pewny, co tak właściwie widzę w danej chwili na ekranie. Na szczęście wrażenie chaosu odniosłem może ze dwa razy – jest też całkiem możliwe, że twórcy celowo zastosowali taki zabieg. Choreografia walk w ogóle zasługuje na pochwałę. Mimo mocnego komputerowego „dopieszczenia”, starcia wyglądają całkiem realnie, a spowolnienia akcji nie przypominają tych sprzed 15 lat (patrzę na ciebie, Wonder Woman).

Nietypowy zabieg zastosowano przy komponowaniu ścieżki dźwiękowej oraz projektowaniu kostiumów dla Artura i Vortigerna. Są one bowiem bardzo nowoczesne, zupełnie jakby przeniesione z innego filmu, a mimo to idealnie komponują się z wydarzeniami przedstawionymi na ekranie. Ogląda się to naprawdę świetnie!

Król Artur: Legenda miecza nacechowany jest licznymi elementami charakterystycznymi dla twórczości Guya Ritchiego. Wartka akcja, specyficzni bohaterowie i niebanalne poczucie humoru sprawią, że wszyscy jego fani odnajdą się w Camelocie bez problemu. Wyraźnie kłopotliwe były dla reżysera sekwencje typowe dla klimatów fantasy, w których jakby nieco bał się popuszczać wodze wyobraźni i przekraczać granic kanonu. Albo to mi już po prostu opatrzyły się wielkie komputerowe stwory, pożerające ludzi jednym kłapnięciem wirtualnych szczęk. W filmie ledwie poruszono wątek Merlina oraz okrągłego stołu, nie znajdziemy też śladu Lancelota – zatem bardzo żarliwie będę wypatrywał informacji o drugiej części przygód Artura!

Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus