Recenzja filmu "King Kong"

Autor: Redil

Są tacy filmowi bohaterowie, którzy zaledwie pojawią się na ekranach kin, a już z miejsca i bez większego problemu zjednują sobie przychylność widzów. Nawet, jeśli są to postaci z założenia złe, potworne, budzące grozę oraz odrazę, to mają w sobie coś takiego, że nie sposób o nich zapomnieć. Przemysł filmowy z powodzeniem wykorzystuje popularność tych bohaterów, co jakiś czas oddając widzom kolejne, odświeżone wersje ich przygód. Dzieje się tak chociażby w przypadku Draculi, Frankensteina, Godzilli czy wreszcie King Konga. Tego ostatniego kilka lat temu mogliśmy oglądać w wizualnie olśniewającej wersji Petera Jacksona, stanowiącej swojego rodzaju hołd dla oryginału z 1933 roku, o którym chciałbym w tej recenzji opowiedzieć.

Oryginalna historia dotyczy losów reżysera Carla Denhama, marzącego o zrealizowaniu wielkiego, kasowego hitu. Zebrawszy na statek ekipę filmową i wziąwszy ze sobą piękną, ubogą aktoreczkę Ann Darrow,  wyrusza w podróż w celu nakręcenia najnowszej produkcji. Załoga dociera do tajemniczej Wyspy czaszek, gdzie tubylcy odprawiają dzikie rytuały, a na każdym kroku czai się niebezpieczeństwo w postaci morderczej, prehistorycznej flory i fauny. Co najgorsze jednak - gigantyczny goryl nazywany przez dzikusów Kongiem, porywa Ann, złożoną mu przez miejscowych w ofierze. Ekipa Denhama rusza dziewczynie na ratunek.

Sam motyw wyspy zamieszkanej przez dinozaury nie był niczym nowym nawet w latach trzydziestych. Ewidentnie widać bowiem, że twórcy King Konga garściami czerpali z powstałego kilka lat wcześniej, jeszcze w okresie kina niemego, Zaginionego świata w reżyserii Harrego O. Hoyta. Właśnie to, oparte na prozie Arthura Conan Doyle'a dzieło, jako jedno z pierwszych używało techniki stop-motion (animacja poklatkowa) dla przedstawienia na ekranie prehistorycznych gadów. Twórcy King Konga wykorzystali tę technikę na jeszcze większą skalę, ożywiając na oczach widzów mnóstwo potwornych bestii: od pełzających po latające, tworząc produkcję zachwycającą efektami specjalnymi, które do dzisiejszego dnia robią ogromne wrażenie. Wystarczy wspomnieć końcową scenę, w której ostrzeliwany przez krążące samoloty goryl, wdrapuje się na szczyt Empire State Building. Ta kultowa już sekwencja na stałe zapisała się w historii popkultury. Za to gratką dla dzisiejszych kinomanów, może być porównywanie niektórych fragmentów (jak chociażby pojedynek Konga z Tyranozaurem) z tymi powtórzonymi w filmie Petera Jacksona.

Równie wspaniała co efekty specjalne, jest scenografia. Odpowiadający za nią ludzie dokonują niebywałych rzeczy, szczególnie jak na czasy, w których film powstał. Najpierw bowiem zabierają widzów w nieznane. Siedzący bezpiecznie w kinowej sali, nagle odwiedzają miejsce, do którego do tej pory mogła zaprowadzić ich jedynie wyobraźnia. Dżungla pełna najróżniejszych rodzajów roślin i drzew, zamieszkana przez potwory z koszmarów, dzikie plemię, którego tajemnicze rytuały mogą mrozić krew w żyłach, czy wreszcie tytułowy bohater, ściskający w gigantycznej dłoni malutką Ann Darrow. Wszystko to zapewne dostarczało ówczesnej widowni niesamowitych emocji, pozwalając im wyobrazić sobie, co by było, gdyby oni sami znaleźli się w tym dzikim świecie. Ale to nie koniec, ponieważ w drugiej części filmu akcja przenosi się do Nowego Jorku, oddziałując na widza w zupełnie odmienny sposób. Teraz bowiem nie ma już mowy o odległej, tajemniczej wyspie; bestia niszczy znane widzom miejsca, siejąc panikę na znanych im ulicach - to musiało wywołać jeszcze większe wrażenie. King Kong walczy z samolotami, niszczy kolej, rzuca w ludzi autami - a przy tym sięga czasem po nieco bardziej drastyczne środki, na przykład odgryzając ofiarom głowy. Słowem - rozmach jest imponujący.

Razić mogą bohaterowie. W zasadzie każda postać pojawiająca się na ekranie jest płytka, pozbawiona charakteru i głębi, a aktorzy nie robią nic, żeby nadać bohaterom nieco więcej wyrazistości. Fay Wray, choć niewątpliwie piękna, potrafi się jedynie uśmiechać oraz krzyczeć, Bruce Cabot zupełnie nie dodaje swojej postaci męstwa i heroizmu, a odgrywający rolę reżysera Robert Armstrong, snuje się po ekranie, rzucając tandetnymi kwestiami. Generalnie w zachowaniu bohaterów brakuje emocji, w oczy rzuca się natomiast sztuczność, teatralne maniery i brak wyrazu.

Nie ulega wątpliwości, że King Kong w reżyserii Meriana C. Coopera i Ernesta B. Schoedsacka to niepodważalny klasyk. Oczywiście, trudno oczekiwać, aby w dzisiejszych czasach (w których przeciętny kinomaniak widział już na ekranie niemal wszystko) film ten robił na widzach równie duże wrażenie. Raczej nie ucieklibyśmy dzisiaj z kina, widząc gigantycznego pająka, pożerającego człowieka żywcem. Nie zmienia to jednak faktu, że King Kong wniósł do światowego kina nową świeżość, szczególnie w kontekście przełomowych efektów specjalnych, i stał się prekursorem gatunku. Magia kina oraz przygoda, którą film z sobą niesie, nigdy przedtem nie były tak emocjonujące. Ale nawet dziś, kiedy produkcję tę można traktować bardziej jako ciekawostkę, dostarcza dużo rozrywki i znakomitej zabawy.    


blog comments powered by Disqus