"Kingsman: Złoty krąg" - dyskusja na temat filmu

Miało być extasy, a wyszedł skręt...

Kolejna odsłona filmu Kingsman to ponownie ten sam reżyser, ten sam duet odpowiedzialny za scenariusz oraz trzon fabuły oparty na tych samych aktorach. Czy ta powtórka z – przyznajmy – całkiem dobrej rozrywki ma powtórnie rację bytu? Korni i Mateusz zdają się ze sobą zgadzać, że – w przeciwieństwie do pierwszej odsłony obrazu – tym razem twórcy poszli na łatwiznę.

KORNI: Matthew Vaughn, reżyser filmu Kingsman: Tajne służby, już po dwóch latach sięgnął po sprawdzoną konwencję. Pierwszy Kingsman wprowadził odważną świeżość w zastały gatunek kina akcji, łącząc klimaty westernowe ze śmiałą komedią. Co tu mówić – mieliśmy pastisz pełną gębą. I naprawdę cieszyliśmy się na seansie, jak małe dzieci, z każdej strąconej za pomocą czarnego parasola ludzkiej głowy. Czy nowa odsłona przygód brytyjskich superbohaterów w garniakach porwała Cię na równi z jej pierwowzorem?

MATEUSZ: Tak jak zauważyłaś, Kingsman wniósł do mocno skostniałego kina gatunkowego nie tyle powiew świeżości, co halny. Podpisuję się pod wszystkim, co napisałaś na temat Tajnych służb, choć od siebie dodam, że w obrazie zachwyciły mnie również genialne, niezwykle dynamiczne i klimatyczne (nieco teledyskowe) sceny walk (charakterystyczne dla Vaughna). Problem w tym, że pierwsza odsłona przygód Eggsy’ego była czymś nowym i wyróżniającym się na tle podobnych produkcji. Efekt “WOW” wyjątkowo trudno uzyskać dwukrotnie, dlatego Złoty krąg uznałem za niepotrzebny sequel. Niestety, potwierdził to seans w kinie. Twórcy nowego Kingsmana wpadli w pułapkę standardowej kontynuacji – więcej, mocniej, zabawniej. Czy zauważyłaś, że już scenariusz wydaje się być mocno wtórny?

KORNI: Dokładnie tak. Ponownie dostajemy historię, w której centrum znajduje się Eggsy. Niestety, nasz bohater niewiele różni się od chłopaka, którego poznaliśmy na końcu pierwszego Kingsmana. Prócz faktu posiadania dziewczyny i próby wkupienia się w łaski wyższych sfer, nie jest nam dane zaobserwować jego dalszej przemiany w stronę prawdziwego dżentelmena. Cytując Harry’ego – „to ogłada czyni męża”, a nie jego szykowny strój, w którym coraz częściej paraduje Eggsy. Kuleje więc ścieżka charakterologiczna głównej postaci, która ciekawie była narysowana w pierwszym filmie: Eggsy odnalazł w osobie Harry’ego nie tylko mentora, ale i namiastkę ojca. Jego smutna mina na wspomnienie o zmarłym przyjacielu nie robi na mnie większego wrażenia.

Oczywiście Kingsman nie ma aspiracji do bycia czymś więcej niż jest – czyli absurdalną mieszanką wybuchową – ale w pierwszej części udało się bardzo zgrabnie połączyć poważniejsze wątki z tymi przesiąkniętymi ironią i dystansem. Tutaj dostajemy produkcję skupioną jedynie na szpiegowskiej intrydze.

MATEUSZ: Nie zgodzę się z Tobą w kwestii braku metamorfozy Eggsy’ego, który w stosunkowo krótkim czasie – w filmie powiedziano, że od śmierci Galahada minął rok – dorósł do swojej roli. Bohater zmienił swoje podejście do życia, w pewnym stopniu nabrał ogłady, odpowiedzialności (scena, w której czeka na wysadzenie ścigających go samochodów w obawie o cywili) i rozwinął się jako agent. Nie możesz porównywać go do Harry’ego, bo w Eggsym najciekawsza jest jego prostolinijność, serce i emocjonalność chłopaka z dzielni. Zauważ, że Kingsman to typowe buddy movie, czyli komedia kumpelska. Harry i Garry przypominają Agenta K. i Agenta J. z Men in Black. Pierwszy z nich jest poważny, odpowiedzialny i małomówny, a drugi nieco szalony, kreatywny i wygadany. Eggsy musiał zatem pozostać sobą w kontynuacji, gdyż wymagała tego logika fabularna i oczekiwania widzów.

Tak jak zauważyłaś – Vaughnowi i jego ekipie wyraźnie zabrakło polotu i kreatywności, poszli po najmniejszej linii oporu, przez co seria nie rozwinęła się, a co najwyżej poszerzyła swoje uniwersum o “kuzynów z USA”. Uważam również, że zmartwychwstanie jednej z kluczowych postaci (powrót tak głupi, że nawet w koncepcji pastiszu wydaje się być zbyt przesadzony) wskazuje na słabość scenarzystów, którzy nie potrafili wprowadzić do fabuły nowych, intrygujących wątków i bohaterów. A może przesadnie narzekam?

KORNI: Odnosząc się jeszcze do Twojej wypowiedzi – nie porównuje w żadnej mierze Harry’ego do Eggsy’ego, a jedynie punktuje słabe poprowadzenie historii i braku skupienia się na głównym bohaterze. W Tajnych służbach tego nie otrzymujemy i bazujemy na domysłach, o których sam wspomniałeś. Clue całej produkcji, które polegało na tym, że nawet przeciętniak może być kimś, przestało mieć tutaj takie znaczenie. Sporadyczne noszenie bejsbolówki to za mało, żeby mnie przekonać, że jest inaczej.

Sceny rodem z Hannibala, pościgi jak w Szybkich i wściekłych czy lejąca się obficie krew jak spod piły mechanicznej – Kingsman to nadal wyrazisty miszmasz, dopełniony dosadnym dowcipem i nie najgorszymi dialogami. Szkoda tylko, że – jak słusznie zauważyłeś – brakuje nowych i ciekawych postaci, starzy bohaterowie są mniej wyraziści niż w oryginale, a potencjał aktorów nie został należycie wykorzystany. Mam tutaj na myśli głównie (uwaga, spoiler!) Colina Firtha, który wypada trochę mdło, nawet jak na człowieka, który wstał z martwych, a także Channinga Tatuma, którego możliwości komediowe są z pewnością dużo większe.

MATEUSZ: Tak jak wspominałem – Kingsman przestał zaskakiwać widza, a zaczął razić schematycznością, podążaniem utartymi ścieżkami i odcinaniem kuponów od popularności Tajnych służb. Niemal każdy element Złotego kręgu ustępuje pierwszej odsłonie przygód Kingsmana – od antagonisty (kiepska Julianne Moore), aż po intrygę szpiegowską. Na uwagę zasługują jednak jeszcze lepsze, pełne rozmachu sceny walk i przekomiczna, szalenie przerysowana kreacja... Eltona Johna (wyśmiewającego swoje emploi).

Przechodząc powoli do finału naszej dyskusji, czy spodobał Ci się Kingsman: Złoty Krąg? Proszę o jednoznaczną odpowiedź!

KORNI: Sequel podąża za pierwszą częścią produkcji, zachowując klimat i starając się utrzymać równowagę w dawkowaniu widzom makabrycznych scen, jednocześnie okraszając je komiksowym stylem i angielskim obyciem. Mimo wszystko jest to nadal coś, co już widzieliśmy. Jako fanka pastiszowych produkcji spodziewałam się solidnie wysmażonego steka, a otrzymałam dobrze znanego mielonego. Trzeba jednak przyznać, że Kingsman: Złoty krąg to dowód na to, że jeśli chcemy się brać za odgrzewany kotlet, to można całkiem przyzwoicie go doprawić. Moja ocena to 6/10.

MATEUSZ: Jestem bardzo rozczarowany “solidnością” Kingsmana, który nadal stanowi świetną rozrywkę dla widzów, a także broni się jako autonomiczny, szalenie przyjemny i zabawny pastisz kina szpiegowskiego, jednak wypada stosunkowo blado na tle Tajnych służb. Pozostając w klimacie porównań, pierwsza część była filmowym extasy, natomiast teraz otrzymaliśmy, co najwyżej, niezłego skręta. 

Korekta: Marta Kononienko


blog comments powered by Disqus