U Pana Boga w piwnicy

plakat filmu U Pana Boga w piwnicy

Polska komedia umarła wraz z nadejściem nowego millennium podstępnie uśmiercona przez swoją romantyczną kuzynkę. Nie ma jednak roku, by nie próbowano podejmować prób reanimacji gatunku. A tęsknotę za nim wyrażają chwytliwe hasła dystrybutorów, co rusz zwiastujące nam „prawdziwą”, „nieprzewidywalną” czy też „pełnokrwistą” komedię. Niestety, podobnie jak w przypadku obietnic wyborczych, wszystko kończy się na słowach.

Z Kołysanką rzecz jest o tyle dziwna, że jej reżyser Juliusz Machulski w komedii specjalizuje się praktycznie od początku swej trzydziestoletniej kariery. Takimi tytułami jak Seksmisja, Deja Vu, Kingsajz czy dyptyki Vabank oraz Killer zapracował na miano twórcy, z którego dokonań po dziś dzień śmieją się kolejne pokolenia Polaków. Nawet jego zdecydowanie bardziej przeciętne dzieła, jak choćby niedawny Ile waży koń trojański?, broniły się jakąś ciekawą i wciągającą historią. W przypadku Kołysanki trudno znaleźć cokolwiek na jej obronę.

Można oczywiście rozpisywać się nad bardzo dobrymi kreacjami Roberta Więckiewicza czy Janusza Chabiora, zachwycać się zdjęciami Arkadiusza Tomiaka czy oklaskiwać muzykę Michała Lorenca. Tyle tylko, że te wszystkie elementy powinny służyć opowiedzeniu nam jakieś historii, która w dodatku, zgodnie z regułami gatunku, ma śmieszyć. Tymczasem można odnieść wrażenie, że scenariusz filmu zwyczajnie gdzieś zaginął i reżyser nie za bardzo wiedział, jak ratować się w takiej sytuacji. Pomysł na film wyczerpuje się bowiem po 5 minutach.

Oto do malowniczej miejscowości na Mazurach przybywa upiornie wyglądająca, lecz budząca sympatię, rodzina Makarewiczów. To, co różni ją od zwyczajnych ludzi, to zamiłowanie do spożywania hemoglobiny. Gdy zaczynają znikać kolejni mieszkańcy wsi, policja postanawia bliżej przyjrzeć się gospodarstwu nowo osiadłych. Okazuje się, że porywanych ludzi więżą oni w piwnicy w charakterze dostarczycieli pożywienia.

Makarewiczom daleko jednak do, owianego złą sławą, hrabiego Draculi. Otóż do egzystencji wystarcza im zaledwie odrobinka krwi, a do jej spuszczania (niczym błotne pijawki) upodobali sobie stopy porwanych. Nikomu więc nie dzieje się krzywda, a porwani, napojeni eliksirem zapomnienia, po kilku dniach odnajdują się z lukami w pamięci.

Obiecujący punkt wyjścia, który mógłby posłużyć do gatunkowych zabaw z kinem wampirycznym, grzęźnie jednak w mieliźnie wiejskiej sielanki, tak doskonale nam znanej choćby z U Pana Boga za miedzą czy Zróbmy sobie wnuka, doprawionej sitcomowym humorem 13 posterunku. I choć wizualnie Makarewiczowie budzą nieodparte skojarzenia ze słynną filmową rodziną Adamsów, to jednak poczucie humoru udowadnia, że obie familie nie są spokrewnione.

Seans Kołysanki porównać można do ekranowego upuszczania krwi, jakie Makarewicze serwują swoim więźniom. Przypominające łaskotanie gryzienie stóp nie jest bardzo bolesne, jednak zdecydowanie bardziej drażni niż bawi i sprawia przyjemność.

Podyskutuj o tym filmie na forum!


blog comments powered by Disqus