Recenzja filmu "Norweski ninja"

Autor: Redil

O absurdalnym humorze rodem ze Skandynawii głośno było ostatnio za sprawą Iron Sky, które wywołało sporo zamieszania, dzieląc widzów. Jedni rozpływali się w zachwytach, obserwując przybywających z kosmosu nazistów, drudzy w towarzyszącym inwazji chaosie i bezsensie nie odnaleźli nic zabawnego. Ci jednak, którzy po seansie Iron Sky czują niedosyt oraz mają ochotę na więcej, powinni sięgnąć po Norweskiego Ninję, którego można odnaleźć w serii wykręconych filmów – „Rebel Rebel”. Solidna porcja bzdurnej fabuły i specyficznego humoru gwarantowana. Ale czy to przekłada się na dobrą zabawę?

Wyobraźcie sobie tajemniczą, odciętą od świata wysepkę, położoną gdzieś w Norwegii. Dochodzą z niej dźwięki instrumentów i odgłosy zabawy. W powietrzu unosi się zapach grillowanych kiełbasek. Widzimy ognisko, przy którym miło spędza czas grupka facetów. Kto by pomyślał, że goście, którym do szczęścia powinno brakować tylko butelki piwa, na co dzień tworzą specjalny oddział ninja, przeznaczony do obrony kraju. Gdy na horyzoncie pojawia się niebezpieczeństwo – oni wkraczają do akcji. Jak nikt inny potrafią kopać tyłki, teleportować się z miejsca na miejsce i używać swoich wewnętrznych mocy. Nie zdziwcie się więc, jeśli bohater niespodziewanie zniknie wam z oczu. To, co ujrzycie na ekranie, wykracza bowiem poza wszelkie schematy.

Przekraczanie granic absurdu, zabawa z kiczem i tandetą oraz parodiowanie innych dzieł to mimo wszystko zadanie nad wyraz trudne. Udany pastisz bardzo szybko może przerodzić się w rodzaj kina, z którego sam miał drwić. Reżyserowi Norweskiego Ninji, Thomasowi C. Mallingowi, miejscami wychodzi to całkiem nieźle. Przerywa akcję, aby pokazać nam kolorowe obrazki kwiatów i zwierząt. Bohater, kroczący między nimi w krótkich spodenkach i badziewnym sweterku, stanowi niejako kwintesencję złego smaku. I nie zdążymy nawet zastanowić się, czy śmiać się, czy płakać, kiedy nagle wszystko wylatuje w powietrze. Przez większość filmu przeważa jednak sytuacja, w której żonglowanie konwencjami nie przynosi odpowiednich rezultatów. Dialogi typu: „każda szyszka sosny spada dokładnie tam, gdzie powinna”, wykorzystywanie kiepskich efektów specjalnych oraz nieustanne przechodzenie od kiczu do wymuszonej groteski, stosowane są wyjątkowo nietrafnie i nieudolnie, przez co zamierzony absurd nie osiąga swojego celu – nie bawi.

Film, który – jak wynika z opisu na okładce wydania DVD - z założenia miał być bezkompromisowy i jadący po bandzie, w rzeczywistości tylko stara się taki być. Dobre chęci nie przekładają się jednak na jakość. Podczas gdy twórcy pokroju Roberta Rodrigueza potrafią wycisnąć z mieszaniny stylów najlepsze elementy, tandetny Planet Terror podnosząc do rangi kultowego, Malling w swoim Norweskim Ninji plącze się i gubi. Bez wyczucia sięga po grindhouse’owe wstawki, przerysowane sytuacje oraz kiepski dowcip, i rzuca je, gdzie popadnie. Dystansu, którego w przypadku tego rodzaju kina wymaga się od widzów, brakuje samym twórcom. Nawet w najbardziej absurdalnych scenach, chociażby podczas walki półnagiego ninji z przeciwnikiem na szczycie góry, dominuje wrażenie, jakby wszystko robiono na siłę i z niepotrzebnym nadęciem.

„Nie oglądaj tego filmu, jeśli jesteś nudziarzem” – mówi w specjalnie przygotowanym wstępie, promująca cykl „Rebel Rebel”, Karolina Korwin-Piotrowska. I ma rację; bez odpowiedniego nastawienia oraz zamiłowania do dziwacznych i nieprzeciętnych produkcji, mogłoby być ciężko przebrnąć przez Norweskiego Ninję. Ale nawet najwięksi fani kina absurdu, mogą czuć niedosyt oraz rozczarowanie. Malling rzuca się bowiem na głęboką wodę i niestety idzie na dno. 

    


blog comments powered by Disqus