„Kong: Wyspa Czaszki” – recenzja wydania Blu-ray 3D

Autor: Marek Kamiński
Korekta: Damian "Nox" Lesicki
5 października 2017

Majestatyczny Małpiszon: Odrodzenie

Miłośnicy blockbusterów i filmów z przerośniętą małpą zwaną Ósmym Cudem Świata, drżyjcie – oto bowiem w wakacje na półki sklepowe zawitał najnowszy tytuł o przygodach potężnego Konga. Czy należy obawiać się o jakość wydania? Dowiecie się tego z niniejszej recenzji.

Twórcy filmów i seriali uwielbiają powracać do znanych już tematów i przerabiać je na nowo, wyciskając jak soczystą cytrynkę – remaki, rebooty, sequele, inne „-quele” i im podobne są nie od dziś na porządku dziennym. Przykłady? Nie szukając daleko: na wielkim ekranie dostaliśmy aż trzy różne wersje przygód Spider-Mana w ciągu 15 lat, twórcy Teorii Wielkiego Podrywu szykują spin-off o młodym Sheldonie, a do motelu Normana Batesa mogliśmy zawitać ponownie zarówno za sprawą Psychola (będącego odtworzeniem Hitchcockowskiej Psychozy niemal scena po scenie), jak i serialowego prequela osadzającego akcję we współczesności (a niektórzy nie zdają sobie sprawy, że oryginalna Psychoza doczekała się aż 3 kontynuacji). To tylko kilka spośród licznych przykładów powrotów do znanych produkcji (złośliwi rzekliby może: „żerowania na nich”).

Nie inaczej ma się sprawa z King Kongiem – od swego debiutu w 1933 roku gargantuiczny ssak doczekał się wielu kolejnych produkcji. Parę z nich zawdzięczamy wytwórni Toho, która dała światu Godzillę (i pojedynek obu legendarnych potworów, o którym dwa słowa później). 1976 rok przyniósł nam interesujący remake oryginału z Jessicą Lange w roli damy w opałach. Były i sequele, raczej do pominięcia – ewentualnie jako kawał fast fooda dla fanów guilty pleasure. Niezwykle smakowity i świeży „kotlet” przyrządził nam Peter Jackson, mierząc się z legendarnym królem i tworząc w 2005 roku godny i długi (bo trzygodzinny) remake, nawiązujący do oryginału z 1933 roku w sposób różnoraki – oprócz czerpania z fabuły pierwowzoru nie brakuje też smaczków będących wyśmienitym puszczaniem oczka do widza. Są wreszcie i inne twory: mockbuster od wytwórni The Asylum, animacje, parodie (w tym gościnny występ w LEGO Batmanie: Filmie) i tym podobne. A 12 lat po spektakularnym dziele Jacksona dostajemy Konga po raz kolejny. Chciałoby się zapytać: po co?

Gdyby jednak kierować się takim tokiem myślenia, to nie byłoby ani hitu z 2005 roku, ani ciekawego remake’u sprzed 41 lat, ani innych przygód Konga – spora strata. Z drugiej strony, po co nam jeszcze raz to samo po zaledwie 12 latach? Być może z tego samego założenia wyszli twórcy filmu, budując odmienną fabułę. Mamy rok 1973. Na nieznaną i niezbadaną wyspę wyrusza ekspedycja zainicjowana przez agenta rządu USA Billa Randę (John Goodman), w skład której wchodzi grupa naukowców i szwadron żołnierzy walczących chwilę wcześniej na wojnie w Wietnamie (ich dowódcę gra Samuel L. Jackson), a także dwójka cywili: były wojskowy i tropiciel James Conrad (Tom Hiddleston) oraz fotoreporterka Mason Weaver (Brie Larson). Jak nietrudno się domyślić, coś pójdzie nie tak i sporawa gromadka ludzi wkurzy króla wyspy, przez co stanie się znacznie mniej sporawa, niż na początku. W pewnym momencie pojawią się inne zagrożenia, a rzekomy duży zły potwór okaże się ostatecznie być bohaterem dnia – podczas gdy to człowiek objawi się jako, nomen omen, czarny charakter opowieści.

Fakt faktem, jest tu pretekstowo, jednak nie można mówić o całkowitej powtórce z rozrywki – jest to inna opowieść i inni bohaterowie, niż w oryginale, a ponadto prawie cała akcja osadzona jest na terytorium Konga. Nie ma tu więc konfrontacji uprowadzonego zwierzęcia z osaczającą go zewsząd cywilizacją, brakuje też „związku romantycznego” między małpim stworem a ludzką niewiastą. Dostajemy za to porządny blockbuster skupiony bardziej na akcji, z wyśmienitymi efektami specjalnymi (scena, w której tytułowy bohater posila się wodą, budzi respekt jakością wykonania) i solidną obsadą, w której na pierwszy plan wybija się... bohater drugiego planu, grany przez Johna C. Reilly’ego. Podstarzały pilot Hank Marlow, kryjący pod fasadą różnych żarcików smutną historię, budzi automatycznie sympatię widza i jest zaskakującą jasną stroną obsady. Łatwo nam przejąć się jego losem, co trudno powiedzieć o innych członkach grupy (no, fani Hiddlestona i Larson, do których sam się zaliczam, mogliby polemizować ;)). Jest jeden istotny wyjątek w drugą stronę, któremu z kolei łatwo życzyć źle. Nie będzie zaskoczeniem, gdy powiem, że jest z niego prawdziwy mother....er.

Jako że prawie w ogóle nie wybieram się do kina na filmy w wersji 3D, „mój pierwszy raz” z Kongiem w tym aspekcie miał miejsce w zaciszu domowym, na telewizorze 40-calowym (Samsung H6400) z dołączonymi okularami na nosie. I... zostałem oczarowany filmem. Dobra i wyraźnie wyczuwalna głębia obrazu w połączeniu z pięknymi plenerami z Wietnamu (użytymi do pokazania krajobrazów filmowej wyspy) oraz z efektami specjalnymi (ta woda!) wywołały we mnie sporą sympatię do nowej produkcji o małpim olbrzymie. Warto jednak dodać, że zagorzali fani trójwymiaru mogą odczuć poważny niedosyt z powodu braku „efekciarstwa” w postaci elementów „wylatujących z ekranu” w stronę odbiorców – na dobrą sprawę w trakcie seansu w 3D widz może zostać porządnie „zaatakowany” zaledwie jednym obiektem „wyrywającym się z ekranu”, to jest zapalniczką. Pod tym względem wersja 3D to mocne zmarnowanie potencjału, poza tym ciężko się do czegoś przyczepić.

Na krążku Blu-ray w wersji 2D znajduje się solidna porcja bonusów. Solidna, ponieważ możemy włączyć bardzo sensowny i konkretny komentarz reżysera Jordana Vogta-Robertsa (niestety, nie znajdziemy tu ani polskich, ani nawet angielskich napisów – jest więc okazja do ćwiczenia rozumienia ze słuchu po angielsku). Pozostałe dodatki w formie wideo trwają łącznie godzinę lekcyjną. Osobiście szczególnie przypadł mi do gustu materiał z tworzenia efektów specjalnych, na którym możemy przyjrzeć się Kongowi w rozkładzie na czynniki pierwsze (bynajmniej nie w sensie matematycznym). Ponadto jest okazja do przejrzenia części zdjęć zrobionych przez Brie Larson (podczas dwuminutowego prezentacji dowiemy się, że aktorka używała prawdziwego aparatu, który posłużył jej jednocześnie do dokumentacji etapu kręcenia) oraz do zachwytu nad lokacjami użytymi w filmie. Możemy też obejrzeć klipy stylizowane na raporty fikcyjnej organizacji Monarch pojawiającej się w Kongu. Co ważne, wszystkie bonusy poza komentarzem mają opcjonalnie napisy angielskie oraz polskie.

Po seansie domowym Konga: Wyspy Czaszki wzrosła we mnie sympatia do tego obrazu – wszak toż to solidne kino kaiju. Mimo braku wręcz ikonicznych scen z drapaczami chmur odczuwam pragnienie wgłębienia się w to uniwersum. Hmm, dlaczego napisałem: „uniwersum”? Odpowiedź na to pytanie uzyskacie, oglądając film jak należy – do końca napisów. Warto.

A ja nieśmiało liczę na pojawienie się i należyte wykorzystanie Empire State Building w kontynuacji.



blog comments powered by Disqus