Kompleks Jamesa Bonda

Francuska twórczość komiksowa uważana jest za królową tej formy literackiej wypowiedzi. Nic więc dziwnego, że liczne "bande dessinée" stają się co rusz podstawą filmowych scenariuszy. Wśród tych adaptacji ciężko jednak znaleźć udane. Nie inaczej jest w przypadku ekranowej wersji serii Largo Winch wymyślonej przez Jeana Van Hamme'a, a narysowanej przez Philippe'a Francqa. Tytułowy bohater to spadkobierca gigantycznej fortuny Nerio Wincha - biznesmena o bałkańskich korzeniach, który zginął w tajemniczych okolicznościach. Spadkobierca, który ujawniony zostaje w testamencie, jest zaskoczeniem dla dywagujących nad schedą udziałowców Imperium W. By przejąć kontrolę nad firmą  Largo będzie musiał udowodnić swoje prawa do spadku, a także rozwikłać zagadkę śmierci ojca.

Fabuła filmu Jérome'a Salle opiera się na pierwszych czterech tomach z 16-odcinkowej serii. W trwającym dwie godziny obrazie reżyser stara się zmieścić skomplikowaną opowieść o dzieciństwie Largo (jest adoptowany), historię jego relacji z ojcem i wreszcie wielowątkowy oraz wielopoziomowy spisek, w którym stawką są miliardy dolarów. Niestety Largo Winch to modelowy przykład, że dopuszczalne w komiksach uproszczenia, na ekranie nie zawsze wypadają na plus. O ile można przymknąć oko na część fabularnych niedopowiedzeń i wątków, które nie znajdują rozwinięcia, to próba zamienienia intrygi w łamigłówkę z gatunku "trust no one", momentami budzi uśmieszek politowania. Bohaterowie pojawią się w kolejnych scenach niczym króliki wyskakujące z kapelusza prestidigitatora. Podobnie rzecz ma się z rozwiązaniami problemów, wobec których stają. Całości brakuje dramaturgii, przez co historię Largo śledzimy bez emocjonalnego zaangażowania. Ani główny bohater, ani też jego protagoniści czy antagoniści nie są w stanie wzbudzić w nas nawet cienia sympatii. To wina zarówno słabo napisanych ról, jak i jeszcze słabszego prowadzenia aktorów przez reżysera. Emocji nie dostarczają nawet, bardzo anachroniczne, sceny akcji. Bronią się jedynie plenery - tłem filmu są: brazylijska dżungla, tokijskie drapacze chmur oraz bałkańskie wybrzeże. To jednak zdecydowanie za mało jak na 120 minut siedzenia przed ekranem.

Polski dystrybutor promuje Largo Winch hasłem "godny rywal Bonda i Bourne'a" prowokując niejako do stwierdzenia, że kino akcji to jednak domena Hollwood, a próbujący wpłynąć na te wody Europejczycy często grzęzną na niebezpiecznych mieliznach. Niedawno uczynił to Tom Tykwer w mocno nieudanym, mimo amerykańskiej obsady, The International. Podobnie jest z obrazem Jérome'a Salle. Largo Winch bowiem tylko potwierdza francuski kompleks wobec filmowców zza oceanu. Nam pozostaje mieć nadzieję, że w Polsce nie znajdzie się szaleniec gotowy przenieść na ekran obrazkowe historie Jerzego Wróblewskiego "Skradziony Skarb" bądź "Figurki z Tilos".


blog comments powered by Disqus