Gdy nie gram, jestem nikim

plakat filmu Gdy nie gram, jestem nikim

Geniusz Komizmu, jeden z największych brytyjskich aktorów. Despota, tyran, narcyz.  Wieczny chłopiec, uciekający przed odpowiedzialnością, utracjusz.

Peter Sellers.

Jaki był? Dla nas, widzów pozostanie na zawsze prześmiesznym Inspektorem Clouseau. Pamiętać będziemy go również z Dr. Stranglove'a Stanleya Kubricka, Przyjęcia Blake'a Edwardsa, Casino Royale i wreszcie z Wystarczy Być Hala Ashby'ego. Dla przyjaciół i współpracowników - ekscentrycznym geniuszem miewającym humory i nastroje. A kim dla swoich czterech byłych żon, z których związek z każdą kończył się rozwodem? Kim dla trójki dzieci, które otrzymały w spadku zaledwie po 2 tys. dolarów?

Życie i śmierć Petera Sellersa nie jest filmem biograficznym. Osią obrazu Stephena Hopkinsa nie jest bynajmniej próba stworzenia jednoznacznego portretu artysty. Siła tej opowieści tkwi w tym, iż z fragmentów życia autentycznej osoby udało się zbudować poruszający dramat o zmaganiu z codziennością.

Obraz stworzono z niezwykłą dbałością o szczegóły. Animowana czołówka z fajtłapowatym Sellersem to hołd dla serii o inspektorze Clouseau, ścieżkę dźwiękową wypełniają utwory z filmów z jego udziałem (m.in. przebojowy What's Up Pussy Cat i, obowiązkowo, motyw przewodni Henry'ego Mancini z Różowej Pantery), fragmenty z planu filmowego bohatera mieszają się z elementami biograficznymi, a wszystko dodatkowo złamane zostaje autentycznymi opiniami wygłaszanymi przez współpracujących z Sellersem twórców takich jak Stanley Kubrick. A raczej przez ich imaginacje, które odgrywa przed widzami Sellers... Napisałem Sellers, powinno chyba być odtwarzający go Geoffrey Rush... Skąd taki zabieg?

Opisując Sellersa wniknął Hopkins niezwykle głęboko w strukturę człowieka-aktora i człowieka w ogóle. Gdzie kończy się rola, a gdzie zaczyna prawdziwe życie - umiejętność rozróżnienia i pogodzenia tych dwóch sfer to problem, z którym mierzy się rozpieszczony przez matkę i wychowywany w aurze sukcesu Sellers od stołka komika radiowego wspinający się na szczyty Hollywood. To własnie ciągłe przenikanie się światów - realnego i tego sprzed oka kamery - będzie zarówno motorem jego zawodowego sukcesu jak i przekleństwem skazującym na niepowodzenie życie rodzinne. Osiągnięcie aktorskiego spełnienia możliwe jest bowiem tylko i wyłącznie w przypadku całkowitego skupienia się na sobie, i stoi w otwartym konflikcie z pozostałymi elementami życia. - Gdy nie gram, jestem nikim - twierdził Sellers. I kolejnymi kreacjami umacniał opinię o swoim niewątpliwym geniuszu. Poza kamerą nie przestawał jednak grać. Nigdy nie było wiadomo czy mówi poważnie, czy też bawi się z rozmówcą, zręcznie prowadząc go na manowce. Niczym kamaleon czy allenowski Zelig przepoczwarzał się i przybierał maski. Tylko w życiu prywatnym nie potrafił przybrać tej właściwej, nie był w stanie udźwignąć roli ojca i głowy rodziny.  Autentyczny dramat, którego jesteśmy świadkami, uwiarygadnia kreacja Geoffreya Rusha. Aktor ten, znany ze wspaniałych ról biograficznych (David Helfgott w Blasku, Lew Trocki we Fridzie, Markiz De Sade w Quillis), wydaje się wręcz kopią Sellersa. Na tyle przekonującą, że można poważnie zastanawiać się, czy nie on powienien kreować w przyszłości roli Inspektora Clouseau (w wchodzącym na ekrany w 2006 roku filmie obsadzono Steve'a Martina).

Aż trudno uwierzyć, że tak znakomity film powstał jako produkcja telewizyjna komercyjnej stacji HBO. Złoty Głob dla obrazu i takaż sama statuetka dla Geoffreya Rusha to prztyczek w nos producentów z wielkich wytwórni, którzy nie poznali się na scenariuszu i wypuściili z rąk ten nietuzinkowy film.


blog comments powered by Disqus