Recenzja filmu "Lincoln"

Wydaje się, że w recenzjach słowa takie jak „monumentalny”, „gwiazdorska obsada”, „zjawiskowy”, „zapierający dech w piersiach” czy „niesamowity” są nagminnie nadużywane. Jednak w przypadku Lincolna trudno byłoby z nich zrezygnować czy choćby zmniejszyć ich natężenie... Czy polski widz również się tak zachwyci?

Spielberg nigdy nie idzie na kompromis. Tym razem, jako reżyser, nie ugiął się ani razu pod presją czy to czasu, czy kosztów – każdy szczegół filmu jest dopracowany, dopieszczony wręcz i zachwyca. Nawet plakat promujący obraz w kinach wielokrotnie był wyróżniany w konkursach portali zajmujących się filmem. Z pewną dozą amerykańskiego patetyzmu, ale w żaden sposób nie drażniącego jak zwyczajowe już chyba wpychanie flagi w każde możliwe miejsce czy „God bless America” w tle. Z ogromnym dodatkiem kuluarowej polityki i przepięknie nakręconymi zdjęciami, Lincoln po prostu zachwyca jako kino obyczajowe i historyczne.

Nie jest to film pełen akcji. Niektórzy mówią, że wręcz „przegadany” jak w teatrze. Ostatnie miesiące życia najsłynniejszego prezydenta USA ujęto w klamry prac nad poprawkami do konstytucji, wojny secesyjnej i życia rodzinnego. Większość filmu to dyskusje nad ustawami oraz zasadnością prowadzenia wojny, przeplatane zachwycającymi scenami zbiorowymi na polu bitwy. Jednym słowem – obraz nie jest dla każdego, niektórych zanudzi, innych porwie i oczaruje.

Gra każdego z obsadzonych aktorów to perełka zasługująca niemal na oddzielne recenzje. Daniel Day Lewis wcielił się w postać Lincolna tak kompletnie, że widz dosłownie zapomina, że ma do czynienia z aktorem. Każda akcja, którą wykonuje na ekranie, zdaje się być rzeczywista, niemal jak w filmie dokumentalnym, nie zaś w aktorskiej adaptacji. Aktorzy towarzyszący Lewisowi nie pozostają daleko w tyle. Świetna kreacja Sally Field również zasługuje na wyróżnienie, podobnie z resztą jak Gordon-Levitt czy Tommy Lee Jones – wyraźnie widać, że poważne, ambitne role nie są dla nich niczym nowym i sprawdzają się w nich świetnie. Żadna linijka dialogu nie została zmarnowana, żadna postać – potraktowana po macoszemu. Czy to chora psychicznie, dumna żona prezydenta, czy jego przeciwnik z politycznych salonów, każdy bohater oddany jest wiernie i z ogromną pieczołowitością (zapewne jest to także zasługa świetnych kostiumów oraz równie dobrej charakteryzacji).

Muzyka zasługuje na oddzielny akapit. John Williams to marka, której nie trzeba w żaden sposób reklamować – i tu także spisał się na medal. Jego kompozycje są idealnie dopasowane do tematyki filmu i do prezentowanych właśnie na ekranie scen. Jednocześnie nawet w domowym zaciszu będą poruszać. Są po prostu piękne, skomponowane z wyczuciem i zagrane z pasją. To melodie, które warto mieć na płycie i słuchać ich w domu.

Krąży wiele opinii, w których powtarza się stwierdzenie, że jest to idealny film oscarowy. Nie da się uniknąć takiego wrażenia. Spielberg bez wątpienia celował właśnie w nagrody Akademii. Wszystko – od muzyki po kostiumy – woła „chcę Oscara!”. Obraz określany jest jako monumentalny, klasyczny, epicki – i jest w tym sporo słuszności. Z drugiej strony, należy się zastanowić, czy ta formuła aby się przypadkiem nie wyczerpała. Wielu widzów nie oceni Lincolna zbyt dobrze – jest zbyt statyczny, za bardzo dopracowany... Jednocześnie realia, które przedstawia, w Polsce nie są ani dobrze znane, ani popularne. Podobnie nakręcony film o Piłsudskim (chociaż sam taki pomysł jest karkołomny i wręcz absurdalny) zostałby o wiele lepiej odebrany. Film, mimo delikatności reżysera, jest bardzo amerykański i wyraźnie dla Amerykanów przeznaczony.

Idąc na ten film, czytelniku, ryzykujesz. Albo Cię zachwyci, albo znudzi – trudno tu o reakcje pośrednie. Warto jednak spróbować, choćby dla samego artyzmu wykonania i przepięknych zdjęć.



blog comments powered by Disqus