Bez zaskoczenia - recenzja filmu Listy do M. 2

Autor: Korni

Film Listy do M. 2 już pobił rekord frekwencyjny. W pierwszy weekend obejrzało go ponad pół miliona widzów, co jest najlepszym wynikiem otwarcia w historii polskiego box office'u. Nawet sam James Bond nie poradził sobie z ckliwą wigilijną opowieścią i na starcie pozwolił się przegonić Listom… o kilkadziesiąt tysięcy widzów. Najwidoczniej Polacy zaakceptowali szybki przeskok z Wszystkich Świętych do atmosfery bożonarodzeniowej, którą narzucają nam handlowcy i szturmem ruszyli do kin, aby wczuć się w klimat świąt.

Pierwsze Listy do M były przyjemną propozycją na grudniowy wieczór – lekkim, świątecznym kinem. Mimo oskarżeń o podobieństwo do hitu To właśnie miłość, Listy… podbiły serca polskich widzów. Po ich sukcesie mogliśmy spodziewać się kolejnej odsłony – producenci kazali czekać na to publiczności aż cztery lata. W tym roku ponownie spotykamy się z Melem (Tomasz Karolak) – dość grzesznym Mikołajem, który usiłuje stać się przykładnym ojcem, możemy podziwiać ciąg dalszy awantur między Kariną (Agnieszka Dygant) a Szczepanem (Piotr Adamczyk) oraz słuchać głosu Mikołaja (Maciej Stuhr), radiowego dobrego ducha. Nie zabrakło również historii adoptowanej Tosi (Julia Wróblewska) i jej przybranych rodziców – w tych rolach Agnieszka Wagner i Wojciech Malajkat. Prócz wątków znanych z pierwszej części Listów… dostajemy nową opowieść o miłosnym trójkącie między Redo (Maciej Zakościelny), Moniką (Marta Żmuda Trzebiatowska) i Magdą (Magdalena Lamparska). Na ekranie pojawiają się także znani z pierwszej części Roma Gąsiorowska, Paweł Małaszyński, Katarzyna Zielińska czy Katarzyna Bujakiewicz. Wszystkie wątki fabularne przeplatają się i prowadzą nas do wigilijnej wieczerzy.

Wśród wszystkich znanych nazwisk, które pojawiają się w obsadzie Listów do M.2 trudno kogokolwiek wyróżnić. Karolak jako jedyny idealnie wpisuje się w swoją rolę. Ona po prostu mu leży, tak dobrze jak wytarty kostium świętego. Reszta aktorów wtapia się w tło eleganckich choinek i suto zastawionych stołów, przypominając manekiny na świątecznych wystawach. Niestety stare historie nie porywają, a nowy, dość silnie zarysowany wątek trójąta miłosnego z powracającym na ekrany Maciejem Zakościelnym jest odrealniony i płytki. Prawie tak, jak skrawki emocji, które ledwo co wykrzesała z siebie na ekranie Żmuda Trzebiatowska (a szkoda, bo mogliśmy otrzymać naprawdę ciekawą postać). Aktorską siłą tej produkcji jest postawienie na młodych. Dzieciaki spisują się na medal. Szczegolnie Mateusz Wincek w roli Kazia i Jakub Jankiewicz jako Kostek nie zawodzą i w tej części Listów do M. Na uznanie zasługują również wcielający się w dwóch braci Jan Cięciara i Jan Sączek. Ich wątek z powodzeniem nadaje się na oddzielny scenariusz.

Przeładowana obsada, w której pojawiają się jeszcze m.in. Małgorzata Kożuchowska, Marcin Perchuć, Krzysztof Stelmaszyk czy Piotr Głowacki, miała na celu zwiększyć szansę na zapełnienie widowni. Spragnieni świątecznej opowieści widzowie nie potrzebowali jednak wcale tego typu zachęty. W polskim kinie widnieje przepastna luka wśród romantycznych i świątecznych produkcji – wydawałoby się najłatwiejszych do realizacji. W dodatku Listy… wylądowały w repertuarze kinowym, gdy dystrybutorzy amerykańskich produkcji nie zdążyli jeszcze zalać nas falą wigilijnych opowieści. Dzięki temu miały szansę na przejęcie puli. I tak też się stało.

Powodzenie kontynuacji Listów do M. jest również niewątpliwą zasługą popularności pierwszej odsłony. Niestety Listy do M. 2 są doskonałym przykładem takiego sequelu, który nie dorasta swojemu poprzednikowi do pięt. Fabuła jest do bólu przewidywalna, bazuje na znanych, sprawdzonych po stokroć motywach i schematach. Ciekawsze historie zostały spłycone, a ich czas zabrały tematy zbędne – jak chociażby wspomniany wcześniej motyw miłosnego trójkąta. Melodramatyczny odcień, jaki przyjmuje produkcja w niektórych wątkach, stwarza ciężką warstwę, która nijak pasuje do lekkiej i przyjemnej komedii świątecznej. W pierwszej części udało się uniknąć pompatyczności i dramatyzmu w niełatwych skądinąd tematach. Dla jej kontynuacji stały się one kulą u nogi. Nie można nie odnieść wrażenia, że dodatkowe, cięższe wątki zostały skumulowane tylko po to, by widzowi popłynęły łzy wzruszenia, a to marny i płytki chwyt.

O ile pierwsze Listy do M. wprowadziły pewną świeżość w gatunek polskich komedii romantycznych, to "dwójka" nie dokonała niczego wartego zapamiętania. Jeśli jako widzowie mamy poswiecać swój czas i pieniądze na coroczną powtórkę z tych samych prawd dotyczących wartości jaką niosą miłość, rodzina i przyjaciele to lepiej poczekać na zagraniczną wersję tej moralizatorskiej pogadanki. Będziemy mieć przynajmniej pewność, że otrzymamy kino w stu procentach świąteczne – nie tylko pięknie opakowane, ale i pełne nadziei i bożonarodzeniowej radości. Do tego wszystkiego z powodzeniem aspirowała pierwsza część Listów – drugiej w żaden sposób nie udało się już powtórzyć sukcesu.

Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus