"Listy do M. 3" - recenzja filmu

Autor: Korni

Miłość do kupienia

 

Niektórzy twierdzą, że pierwsza część Listów do M. to tytuł, który można zaliczyć do kategorii klasyki polskich komedii romantycznych. Nawet jeśli nie zgadzamy się z tak górnolotnie brzmiącym nazewnictwem, trzeba przyznać, że pierwowzór okazał się miłą, niezobowiązującą odskocznią od naszpikowanej historią i dramatem polskiej kinematografii. Równo dwa lata temu przyszło mi recenzować drugą odsłonę Listów, która niestety nie dorównała w żadnej mierze swojemu filmowemu poprzednikowi. Tu nasuwa się oczywiste pytanie – czy kolejna próba kontynuacji zakończyła się powodzeniem?

 

Odpowiedź na to pytanie jest enigmatyczna – to zależy. Głównie od tego, czego tak naprawdę oczekujemy po filmowym seansie, a w szczególności, na co liczymy oglądając produkcję skrojoną pod okres świąteczny. Jeśli chcemy wprowadzenia w atmosferę migających światełkami wystaw sklepowych, w okres przepełniony wiarą w magiczną moc Pierwszej Gwiazdki, to w takiej misji Listy do M. 3 jak najbardziej się sprawdzą. Gorzej, jeśli chcemy zobaczyć udaną komedię, która nas wzruszy, a także – co powinno wynikać z klasyfikacji gatunkowej – rozbawi.

 

W najnowszej części spotykamy część znanych nam już bohaterów, czyli „Złego Mikołaja” Melchiora (Tomasz Karolak) i jego syna Kazika (Mateusz Winek), nietuzinkowe małżeństwo Kariny (Agnieszka Dygant) i Szczepana (Piotr Adamczyk) oraz poukładanego Wojciecha (Wojciech Malajkat). Są oni przedłużeniem fabularnym pierwszej części produkcji, a – co ciekawe – z drugiej odsłony nie spotykamy już żadnych postaci. Dostajemy w zamian za to historię romantyczki Karoliny (Magdalena Różczka) i równie niepoprawnego w tej kwestii Gibona (Borys Szyc) oraz tkwiącej w nieudanym związku Zuzy (Katarzyna Zawadzka) i zakochanego w niej od pierwszego wejrzenia Rafała (Filip Pławiak). Obsadę wspierają między innymi Izabela Kuna (w roli Agaty – gosposi Wojciecha), Danuta Stenka (jako dziennikarka radiowa), Zbigniew Zamachowski (grający kolegę Gibona) czy Andrzej Grabowski (występujący jako „Dziadek”).

 

 

Listy do M. 3 są naszpikowane nie tylko polskimi gwiazdami, ale również masą nietrafionych gagów, pseudoromantycznych dialogów i iście fantastycznych zwrotów akcji. O ile druga część nie obroniła się fabularnie z powodu słabej gry aktorskiej, to najnowsza poległa już podczas tworzenia scenariusza i nie uratowało go nawet solidne dopompowanie cenionymi nazwiskami. Tutaj nic się nie klei – od romantycznych, przypadkowych spotkań i miłości od pierwszego wejrzenia po kontynuację wątków prowadzonych od pierwszych Listów. Przykładowo związek Kariny i Szczepana, mimo przyciągających charakterów, nie ma już nic więcej widzom do zaoferowania – przykro jest patrzeć, jak aktorzy starają się na ekranie skleić coś wartościowego z wrzuconych na siłę pomysłów. Historia poszukiwania dziadka przez Kazika może wzruszyć, ale zawdzięcza to jedynie niesamowitej charyzmie chłopca i jego nieodpartemu urokowi. Filmu nie ratują ani niesamowite akrobacje Borysa Szyca w centrum handlowym, ani nowa dziecięca „gwiazda” Dusia (Weronika Wachowska). W opozycji do tego słodko-naiwnego obrazu staje Wojciech Malajkat, który stwarza osobistą kreację pogrążonego w rozpaczy wdowca. Zlepek przekazów o różnym bagażu emocjonalnym byłby udany jedynie w momencie utrzymania ich na takim samym poziomie jakościowym – a tego nie otrzymujemy.

 

Mimo tych wszystkich zarzutów, jakie można skierować pod adresem Listów do M. 3, spragnieni lekkiej i niewymagającej rozrywki kinomani powinni być zadowoleni. Dostajemy tu więcej ciekawej fabuły niż w części drugiej – wątki nie są poprowadzone w tak oczywisty sposób i może się zdarzyć, że widz zostanie przez twórców zaskoczony – ale nadal niedoścignionym wzorem pozostaje oryginalna produkcja. Niestety, podobnie jak w poprzedniej części, wizualnie wciąż pozostajemy w przesadnie rozdmuchanej bańce, pełnej obrazów designerskich wnętrz, tak odległych od codziennej rzeczywistości. Raczeni tak mocną, bożonarodzeniową estetyką możemy poczuć nieodparte pragnienie prestiżowego celebrowania Świąt na wzór filmowych bohaterów – a wtedy wydatek na bilet nie będzie jedynym zakupem, którego pożałujemy po odbytym seansie.  

Korekta: Marta Kononienko

 

 


blog comments powered by Disqus