Zwodniczy głos Syreny

plakat filmu Zwodniczy głos Syreny

Mimo, iż osadzenie akcji filmu na łodzi podwodnej stwarza interesujące możliwości prezentacji starcia człowieka ze słabościami własnej psychiki w sytuacji klaustrofobicznego osaczenia, to sztuka ta należy niewątpliwie do trudnych, o czym przekonali się realizatorzy wielu spektakluranych fabularnych porażek, z których największa to chyba Enigma Michaela Apteda.

Tej świadomości zabrakło niestety także twórcom japońskiego obrazu Lorelei: Ostatni U-boot. Fabuła filmu zapowiada się obiecująco. Oto w ostatnich dniach II wojny światowej Niemcom udaje się stworzyć łodź podwodną wyposażoną w superczułe urządzenie radarowe, pozwalające uniknąć kontaktu z torpedami i bombami nieprzyjaciela i przeprowadzić atak z chirurgiczną precyzją. Efekty te uzyskane zostały dzięki połączeniu najnowocześniejszej elektroniki ze zdolnościami parapsychicznymi wybranych osób. Prototyp okrętu trafia do dowództwa japońskiej marynarki wojennej, która zamierza użyć go do misji mającej odwrócić szalę zwycięstwa na Pacyfiku. Niestety autorzy filmu uparli się aby do tej ponad dwugodzinnej historii wrzucić wszystkie motywy fabularne, jakie tylko przyjdą im do głowy. Oprócz pojedynku między japońskim U-bootem a amerykańskim niszczycielem i gry jaką toczą ze sobą dowódcy obu jednostek, mamy tu więc wspomniany motyw wykorzystywania nadprzyrodzonych zdolności w celach militarnych, misję z gatunku "impossible", spisek w samym sercu władzy, szalonego oficera opętanego żądzą Armagedonu, patetyczny patriotyzm oraz wątek miłosny (nota benne lekko i zgrabnie zarysowany), a wszystko dodatkowo ubrano w kostium legendy, która może ale nie musi być prawdziwa. Niestety przesyt elementów odbija się na fabule, która zwyczajnie nuży i męczy. Zaś finałowa scena, gdy japońska łódź podwodna ze zręcznością Jamesa Bonda połączonego z Jackie Chanem rozprawia się z połową floty Pacyfiku, spokojnie kandydować może do czołówki filmowych nieprawdopodobieństw. Efektu dopełnia studyjna realizacja obrazu - okręty, sceny i bitwy morskie zrealizowano w całości za pomocą komputerów, również sceny plenerowe wykreowane zostały w technice CGI. Najjaśniejszym punktem filmu jest kreacja Kôji Yakusho w roli kapitana japońskiego okrętu lecz wobec wątłej fabuły nawet niewątpliwy talent tego aktora nie jest w stanie przysłonić mankamentów. Tym bardziej, że scenarzyści nie zaprzątali sobie głowy pogłębieniem psychologii postaci - większość kreśląc zaledwie za pomocą kilku zdań opisujących zapewne wygląd zewnętrzny.

Tytułowa Lorelei to, związana z wieloma legendami, skała na Renie niedaleko Bingen, wznosząca się około 120 metrów ponad poziom wody. Według ludowych podań spopularyzowanych m.in. przez poemat Heinricha Heine'ego z jej wierzchołka w nurt Renu rzuciła się młoda dziewica o imieniu Lorelei, zdradzona przez kochanka, by następnie, zamieniona w Syrenę, zwodzić śpiewem pływających po Renie rybaków i rozbijajać ich łodzie na skałach. Japońska Lorelei również zwodzi nas - tym razem obietnicą interesującego obrazu wojennego z domieszką fantastyki. Zatonięcie na akwenach filmowego oceanu nam na szczęście nie grozi, niemniej seans filmu Shinji Higuchi to żegluga po mieliźnie.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus