Recenzja filmu "Przelotni kochankowie"

Almodovar wciąż potrafi bawić. Chociaż może być to zaskoczeniem dla osób pamiętających przede wszystkim jego ostatnie dokonania, nowe dzieło hiszpańskiego twórcy to pełnoprawna komedia, chociaż nie pozbawiona głębi. Przelotni kochankowie to jednak dla polskiego widza także test: już samo to, jak często w komentarzach do tego obrazu pojawia się słowo „tolerancja”, świadczy w pewien sposób o rodzimej widowni. Reżyser po raz kolejny uderza w polityczną poprawność, tym razem w zupełnie inny sposób...

Film rozpoczyna się uroczą autoironiczną wstawką – oto dwójka najbardziej chyba lubianych przez Almodovara aktorów: Antonio Banderas i Penelope Cruz, którzy do tej pory nie mieli okazji spotkać się na jego planie filmowym. Odpowiadając w pewien sposób na głosy widzów, reżyser stawia tę parę w zabawnej sytuacji, której efektem będzie uwięzienie pasażerów samolotu w powietrzu na długie godziny. Chociaż cała scena trwa jedynie kilka minut i nie może raczej stanowić głównego powodu do obejrzenia Kochanków, to warto docenić sam gest Almodovara – dwie hiszpańskie supergwiazdy wreszcie dostały u niego swoją wspólną scenę.

W efekcie popełnionego przez pracowników lotniska zaniedbania, samolot pasażerski z do Meksyku zostaje uwięziony w podniebnych przestworzach. Nie mogąc ani lecieć do portu docelowego ani zawrócić, piloci Alex (Antonio de la Torre I) i Benito (Hugo Silva) krążą więć w chmurach, próbując – bezskutecznie – zachować spokój. W tym czasie pasażerowie klasy ekonomicznej śpią twardo za sprawą podanych przez stewardessy środków uspokajających. Prawdziwy dramat rozgrywa się zatem w kokpicie pilotów oraz w przedziale klasy biznesowej: losy bohaterów splatają się w zaskakujący sposób a ekstremalna sytuacja będzie dla nich okazją do stawienia czoła własnej przeszłości i dokonania rachunku sumienia. Motorem akcji jest niesamowite trio homoseksualnych stewardów, którzy – dla rozluźnienia i z braku lepszych pomysłów – poją pasażerów koktajlem Walencja doprawionym obficie meskaliną. W obliczu możliwej śmierci i pod wpływem narkotyku oraz ogromnej ilości tequili pechowi podróżnicy stają się przelotnymi kochankami i podejmą decyzje, które zmienią ich całe życie.

To bez wątpienia najbardziej gejowski film Almodovara, co potwierdza sam reżyser. Ci z widzów, którzy pamiętają jego wczesną twórczość nie będą tak zdziwieni jak widzowie, którzy oceniają go przede wszystkim pzez pryzmat Skóry, w której żyję lub Przerwanych objęć. Przelotni kochankowie to nie tylko powrót do dawnego poczucia humoru reżysera, to także ukłon w stronę estetyki lat 80. – kipiący od kolorów, skrajnie przerysowany obraz jest tak kiczowaty, jak tylko może być film o gejach. Opowiedziana bez korygowania się i poczucia zawstydzenia historia nie jest bynajmniej elementem kampanii promującej tolerancję wobec homoseksualizmu. Wręcz przeciwnie – reżyser śmieje się z przedstawiecieli własnej orientacji, śmieje się z samego siebie i hiperbolizuje stereotypowy obraz przedstawiciela tej mniejszości seksualnej aż do przesady. Nie ma tu miejsca na zachowawczość i skromność – rozbuchane dzieło Hiszpana tętni seksualnością, pożądaniem, chęcią odczuwania za wszelką cenę silnych wrażeń.

Być może to właśnie wpływa na kontrowersje dookoła odbioru Kochanków… przez polskiego widza, przyzwyczajonego do tego, że homoseksualizm bezustannie walczy o akceptację i prawo do współistnienia – Almodovar nie przeprasza i nie prosi, orientacja seksualna jest tu kwestią w jakiś sposób płynną, umowną, o której można rozmawiać swobodnie i która nie jest niczym dziwnym, niezależnie od tego, jaka jest. A w przypadku tego konkretnego samolotu trudno będzie stwierdzić, kto tu właściwie należy do mniejszości seksualnej...

Przerażeni perspektywą śmierci w katastrofie lotniczej pasażerowie zrzucają maski: przyznają się przez innnymi i samymi sobą do swojej tożasamości seksualnej, próbują pojednać się z bliskimi, proszą o wybaczenie kobiety z przeszłości, w końcu walczą o swoje zycie. A wszystko to wśród oparów alkoholu, z posmakiem meskaliny w drinkach, kotłując się na oczach współpasażerów na fotelach klasy biznezowej i zaspokajając pożądanie. Nikt nie ma już nic do stracenia, pozostało tylko dawać upust żądzom. Dzieło Hiszpana jest jak zwykle przesycone seksem, namiętnością, nie ma tu miejsca na konwenanse, a pobrzmiewające w tle dźwięki I’m so excited akompaniujące komicznemu układowi tanecznemu, który prezentują Ulloa (Raúl Arévalo), Joserra (Javier Cámara) i Fajas (Carlos Areces) nadają całości kabaretowego charakteru.

Niestety, autorowi polskiego tłumaczenia nie udało się uchwycić ducha twórczości reżysera: dialogi zostały mocno wygładzone i ugrzecznione: zniknęły z nich mocniejsze wulgaryzmy, a fakt, że trójka homoseksualnych stewardów zwraca się do siebie nawzajem używając żeńskich form gramatycznych, pominięto zupełnie. Być może jest to próba złagodzenia obrazu, dopasowania go przynajmniej trochę do oczekiwań polskiej widowni? Jeśli tak, to starania te można uznać za nietrafione – Almodovar pozostaje Almodovarem, a mocno podkoloryzowana estetyka Przelotnych kochanków nawet bez słów wystarczy, żeby wypłoszyć z kinowej sali co wrażliwszych widzów.

Pojawiające się w opiniach krytyków refleksje na temat zawartych w filmie analogii do obecnej sytuacji ekonomicznej Hiszpanii odbiorca powinien zweryfikować na własną rękę i postanowić, czy ocenić film jako rozbudowaną metaforę ojczyzny reżysera z uwagi na warunki gospodarcze czy też potraktować go jako wyraz jego etnicznej tożsamości w sensie kulturowo-emocjonalnym.  Bo niezależnie od tego, czy uznamy Kochanków za receptę na kryzys finansowy czy za wybuch południowej emocjonalności, pełnej pasji i namiętności, jest to bez wątpienia jeden z najbardziej hiszpańskich filmów Almodovara. To nie Jedz, módl się i kochaj – reżyser radzi wprost: żyj tak, jakbyś miał za chwilę umrzeć, dołącz do hedonistycznego korowodu i ciesz się tym, że jeszcze tu jesteś. Być może nie zostaniesz zbawiony, ale przynajmniej się zabawisz.


blog comments powered by Disqus