Szybko i wściekle - recenzja filmu "Mad Max: Na drodze gniewu"

Nie każdy wie, że George Miller, reżyser i twórca serii Mad Max  jest z wykształcenia lekarzem. Wprawdzie niewiele to wnosi do samej filozofii, na jakiej został oparty ten kultowy cykl, za to pozwala zadać sobie pytanie: "ile straciłby świat kina gdyby Miller obrał medyczną ścieżkę zawodową?". Można sobie to wyobrazić zaraz po obejrzeniu filmu Mad Max: Na drodze gniewu.

Trzeba przyznać, że rok 2015 prezentuje się dość ciekawie. Oto bowiem mają miejsce premiery kolejnych odcinków filmowych serii składających się nieraz nawet z siedmiu części. Zjawisko dość powszechne, aczkolwiek kojarzące się negatywnie. Tym razem jest jednak inaczej – siódma odsłona Szybkich i wściekłych zebrała pozytywne recenzje i jest rzadkim przypadkiem, gdzie oryginalny pomysł idzie w parze w sukcesem, nazwijmy go, artystycznym. Kolejny przykład to właśnie Mad Max: Na drodze gniewu. Czwarta część cyklu, która w konstrukcji fabularnej przypomina niemalże budowę cepa, stanowi niesamowicie energetyczny koktajl. Dopiero napisy końcowe zatrzymują akcję. Trudno wtedy uwierzyć, że to, co oglądaliśmy przez dwie godziny, zleciało w mgnieniu oka i daje się streścić dosłownie w jednym zdaniu.

Historia jest następująca – wojownicza Furiosa (Charlize Theron) ucieka z Cytadeli rządzonej przez Wiecznego Joe, a wściekły tyran wysyła w pościg za nią bandę wojowników. I tyle. Tak wygląda streszczenie fabuły. Nie doszukujcie się w niej żadnej filozofii, nie przypisujcie postaciom większej głębi. Na drodze gniewu to proste i szalenie rozrywkowe kino, które ilością upakowanej akcji mogłoby obdzielić kilka nadchodzących blockbusterów i jeszcze coś by zostało. George Miller zaskakuje reżyserską witalnością (70 lat na karku) – niczym sam Martin Scorsese, którego jednym ze znaków rozpoznawczych jest energiczny, niemalże teledyskowy montaż.

Za sprawą nowego Mad Maksa otrzymaliśmy kino, w którym prym wiodą najprostsze ludzkie instynkty i siła wyobraźni rodem z umysłu nastolatka – wrodzona potrzeba przetrwania bez względu na koszt i przemoc. Ta ostatnia na ekranie, co prezentowały już zwiastuny, nabiera charakteru niemal poezji. To najczystszy destylat akcji, jaki możemy sobie wyobrazić, bowiem wszystkie dialogi, jakie występują w tym filmie, można zmieścić na jednej stronie scenariusza. Tempo, do jakiego zostajemy "z buta" przyzwyczajeni, jest tak ogromne, że kiedy przychodzi chwila oddechu i postaci zaczynają rozmowę (posiadającą wartość merytoryczną oraz logiczne uzasadnienie), natychmiast chcemy powrotu do akcji i tak też się dzieje. Praktycznie 90% czasu ekranowego to szaleńcze pościgi i kawalkady nakręcone w niesamowitych plenerach (pomimo tego, że mowa tu o bezkresnej pustyni) i ujętych imponującymi kadrami dzięki talentowi operatorskiemu Johna Sealea (Angielski Pacjent, Autostopowicz).

Miejsce Mela Gibsona zajął Tom Hardy. Z powierzonej mu roli wyszedł całkowicie obronną ręką, choć mogłoby się zdawać, że pierwsze skrzypce gra tutaj Charlize Theron. Stworzyła zapadający w pamięć portret twardej, ale nie pozbawionej uczuć heroiny. Po raz kolejny też dała się oszpecić dla roli, podobnie jak to zrobiła grając w Potworze. Jednakże trudno jednoznacznie stwierdzić, by Theron straciła na urodzie.

W pamięci pozostają także: epicka piaskowa burza, psychopatyczny gitarzysta, którego instrument zionie ogniem jak smok, a nawet grupa perkusistów. Dodając do tego szaleńca dowodzącego tą bandycką zgrają, którego aparycja stanowi ekstrakt kampu, otrzymujemy niezwykłe widowisko, które z pewnością zadowoli męską część widowni i to nie tylko ze względu na królujące na ekranie rozpędzone maszyny.

Co ciekawe, w pierwszym Mad Maksie nikt nie ginie od postrzału. Tutaj jest podobnie. Warto o tym wspomnieć, bowiem o ile w mainstreamowym kinie akcji zwykle liczymy kolejne wystrzały z broni palnej, o tyle w serii Mad Max o sile bohatera stanowi to, jak szybką maszyną pędzi przez postapokaliptyczny świat.

Wy też pędźcie – do kina. To jeden z najlepszych filmów tego roku, o ile nie jeden z najlepszych w tej dekadzie. Jeśli możecie, wybierzcie seans w 4D. Wrażenia niezapomniane i obecnie lektura obowiązkowa każdego kinomaniaka.


blog comments powered by Disqus