Recenzja horroru "Mama"

Autor: Redil

Szkoda, że talent Guillermo del Toro marnuje się na kolejne wątpliwej jakości produkcje. Choć trudno powiedzieć, czy „marnuje” to akurat odpowiednie słowo, skoro reklamowanie swoim nazwiskiem kolejnych filmów pokroju Nie bój się ciemności z pewnością przynosi zyski. Ale każdy, kto pamięta fantastyczną i mroczną wyobraźnię twórcy, której dawał upust w Labiryncie Fauna czy Hellboyu, z pewnością z utęsknieniem wyczekuje jego kolejnej reżyserskiej przygody. O tym, czy meksykański artysta nie zapomniał jak się kręci filmy będziemy mogli przekonać się przy okazji premiery Pacific Rim. Teraz zaś na ekranach polskich kin zagości Mama, kolejny horror sygnowany nazwiskiem del Toro.

Tytułowa Mama to duch, zamieszkujący opuszczony budynek na odludziu, do którego przypadkiem trafiają dwie małe dziewczynki wraz z szalonym ojcem. Duch pozbywa się mężczyzny, a następnie „opiekuje” się dziećmi przez pięć lat. Gdy na wpół dzikie siostry zostają wreszcie odnalezione, trafiają pod opiekę wujka oraz jego dziewczyny. Jakim cudem malutkie dzieci przeżyły odcięte od świata pięć lat? Twórcy nie silą się na wiarygodność, sugerują nam jedynie, że dziewczynkom za posiłek starczyły wiśnie. Cała fabuła oparta jest jednak na filmowych uproszczeniach, umowności pozwalającej pchać całość do przodu, za to miejscami pozbawiającej film sensu.

Jak łatwo się domyślić, Mama staje się zazdrosna i nie zamierza pozwolić, żeby kto inny zaopiekował się dziewczynkami. Rusza więc za nimi do nowego miejsca. Od tej pory rozpoczyna się klasyczny horror, w którym bohaterowie muszą zmierzyć się ze złem czającym się w ich domu. A żeby konfrontacja była możliwa, najpierw należy rozpoznać zło, odgadnąć jego tajemnicę. Scenarzyści w żaden sposób nie przełamują tutaj konwencji, zdaje się bowiem, że tylko naprawienie zaistniałego przed laty błędu będzie mogło przynieść duchowi spokój. Schemat goni więc schemat, a im bliżej finału, tym dotychczas skrupulatnie budowane napięcie coraz bardziej opada.

W Mamie kuleje jednak nie tylko fabuła. Wydaje się, że najbardziej irytują bohaterowie, którzy zupełnie pozbawieni są głębi, charakteru. Niczym marionetki plączą się po ekranie bez wyrazu. Owszem winą za taką sytuację mogą być obarczeni scenarzyści, niepotrafiący wydobyć ze swoich postaci ani kropli życia, ale trzeba też przyznać, że aktorzy ze swej strony nie wykazują żadnego zaangażowania. Coster-Waldau nie ma zbyt wiele do zagrania. Jego bohater zepchnięty jest na daleki plan. Cały ciężar przeniesiony jest więc na postać graną przez Jessicę Chastain. To ona opiekuje się dziewczynkami. Ale nawet ta, świetna przecież, aktorka nie próbuje w żaden sposób dodać swojej postaci jakiegoś pazura, który sprawiłby, że widz spoglądałby na jej poczynania z większym zainteresowaniem. Od artystki drugi rok z rzędu nominowanej do Oscara można, a nawet należy, wymagać znacznie więcej. Wygląda jednak na to, że początkujący reżyser Andres Muschietti nie był w stanie wykrzesać z tych utalentowanych aktorów żadnej iskry; ognisko zgasło więc, zanim na dobre zdążyło się rozpalić.

Znacznie lepiej prezentuje się strona techniczna produkcji. Autorzy zdjęć, muzyki czy dźwięku to doświadczeni wyjadacze, którzy współpracowali przy takich filmach, jak: REC, Sierociniec czy Czarny chleb. Szczególnie dźwiękowcy zasługują tutaj na pochwałę. Odgłosy wydawane przez Mamę potrafią wywołać w widzu uczucie drażniącego niepokoju. I trzeba przyznać, że póki duch przez większość filmu skrywa się za mgiełką tajemnicy, a twórcy bardzo umiejętnie dawkują napięcie, sprawiając, że Mama najczęściej wyskakuje jak diabeł z pudełka, całość rzeczywiście potrafi przyprawić o szybsze bicie serca oraz ciarki na plecach. Ostateczna konfrontacja niszczy jednak klimat. Mama zaprezentowana w całej okazałości nie straszy już tak, jak wtedy, kiedy praktycznie nic o niej nie było wiadomo.

Nie najlepszy finał staje się więc wyrazem zmarnowanego potencjału, tlącego się gdzieś przez całą tę historię, ostatecznie jednak nie mającego okazji się zrealizować. Mama jest filmem, który nie wznosi się na wyżyny horroru, nie wnosi też nic nowego do gatunku. Za to bez problemu znajdzie sobie miejsce pośród tysięcy podobnych produkcji. Muschiettiemu brakuje jeszcze doświadczenia, obycia z aktorami z najwyższej półki, pomysłu na rozwinięcie dobrej fabuły. Kto wie jednak, jak dalej potoczy się jego kariera? Skoro wspomóc go zdecydował się sam del Toro, to może jeszcze uda mu się nas zaskoczyć.


blog comments powered by Disqus