Recenzja filmu "Mary i Max"

Autor: Josephine

„Mary i Max”, czyli śmiech przez łzy

W przestrzeni jałowych, filmowych tasiemców,  gdzie zazwyczaj sztuka aktorska przeradza się jedynie w  amatorskie, dochodowe rzemiosło, a scenariusz kolejnego filmu to niezdarnie skopiowana klisza innej kliszy, coraz trudniej znaleźć coś wyjątkowego. Jednak plastelinowe i groteskowe w swoich grymasach twarze bohaterów filmu Mary i Max  wzbudzają więcej emocji, niż większość aktualnych, znanych i podziwianych gwiazd kina w swoich największych, kasowych rolach.

Adam Elliot, reżyser i scenarzysta Mary i Maxa, wschodząca gwiazda w świecie filmów animowanych, to talent na miarę Oscara, którego zresztą już otrzymał za film pt. Harvie Krumpet. Mimo, że dorobek artysty jest stosunkowo niewielki, słowo „jakość” powinno kojarzyć się z jego nazwiskiem niejednemu maniakowi kina. Zachowanie proporcji między formą a treścią w pełnometrażowych, animowanych produkcjach, jest nie lada wyzwaniem. Elliotowi nie dość, że udało się stworzyć przepis na intrygujący film, to dodatkowo zaserwował go w iście mistrzowskim stylu. Komedia, będąca równocześnie dramatem, dotyczy młodziutkiej Mary, oraz doświadczonego przez życie Maxa. Skrajności łączą się tu w jedną, plastyczną całość, przy pomocy cech, które charakteryzują oraz jednoczą tytułowych bohaterów - przykładowo poprzez wspólne zamiłowanie do czekolady i serialu „The Noblets”. Jednak czekolada czy serial to jedynie kolejne przystanki na drodze do uświadomienia sobie, że tym, co najbardziej zbliżyło do siebie Mary i Maxa, jest samotność i niezrozumienie.

Zatrzymując się przy treści filmu, warto zaznaczyć, że niezwykła historia Mary i Maxa, oparta jest na faktach. To doskonała ekranizacja tego, jak wiele łączy dwójkę zagubionych w szalonym i brutalnym świecie ludzi, którzy mimo wielu przeszkód i różnic, potrafią zbudować prawdziwą relację. Bo co byś zrobił, Drogi Czytelniku, gdyby napisała do Ciebie ośmioletnia Mary, dziewczynka o wątpliwej urodzie, albowiem obdarzona  oczami w kolorze błota i wyraźnym znamieniem na czole, z pytaniem - skąd się biorą dzieci? Warto nadmienić, że w świecie Mary dzieci znajduje się na dnie kufla z piwem. W celu zweryfikowania swojej odważnej hipotezy, rezolutna dziewczynka postanawia napisać do zupełnie przypadkowej osoby list. Nieznajomym odbiorcą okazuje się Max, nowojorski Żyd, cierpiący na zespół Aspergera, którego życie po przeczytaniu wiadomości od małej Australijki wywraca się do góry nogami.

W filmie mamy też do czynienia z plejadą innych, niecodziennych osobowości, których myśli krążą wokół mniejszych lub większych problemów. Kolekcjonowanie wypchanych ptaków w ramach ulubionego hobby, uczęszczanie do klubu „Anonimowych Obżartuchów”, czy nieustająca chęć podkradania tego i owego, to tylko kilka rutynowych zachowań w świecie otaczającym głównych bohaterów. Karykatura, wyolbrzymienie i absurd w towarzystwie czarnego humoru, mogą początkowo bawić, lecz po pewnym czasie dociera do nas ukryty tragizm kolejnych postaci i jest to już raczej śmiech przez łzy. Pomimo lekkości, z jaką Elliot lawiruje pomiędzy emocjami - smucąc widza, by zaraz po chwili go rozśmieszyć - film jawi się chwilami, jako dość przytłaczający.

Styl, w jakim została zrealizowana animacja, wydaje się być dyskusyjny. Nie zmienia to faktu, że stopień szczegółowości i ogrom pracy włożonej w  dopieszczenie wielu detali ze świata Mary i Maxa, zachwycają już od pierwszych minut. Każda scena jest dokładnie przemyślana, nawet w kwestii użytych barw i odcieni, co pozwala dokładniej poznać oraz zrozumieć emocje, które chciał nam przedstawić reżyser. Przykładowo mikroświat Maxa, umiejscowiony w Nowym Jorku, jest zupełnie pozbawiony kolorów. Jedynie prezent od Mary wyróżnia się w tej ponurej scenerii. Znakomite dopełnienie obrazu stanowi muzyka, za którą odpowiedzialny jest Dale Cornelius. Hipnotyzuje ona już od pierwszych chwil i dostraja do słodko-gorzkiej historii w wyważony, lecz wyraźny sposób.

Do Mary i Maxa można początkowo mieć ambiwalentny stosunek. Z jednej strony, film na starcie atakuje swoją osobliwą, wręcz ekscentryczną formą, natomiast z drugiej absorbuje już od pierwszej klatki. Impresja, wskazująca że to kolejne dzieło w stylu Amelii, które jest lekkie, łatwe i przyjemne, wydaje się być jednak fałszywą. Po rozpoczęciu seansu, z każdą kolejną minutą widz sobie uzmysławia, że w tym szaleństwie jest metoda i groteskowe grymasy, zachowania, postacie, przedmioty to jedynie dobrze dopracowana, ciekawie się prezentująca kurtyna, za którą kryje się prawdziwy spektakl. Poruszający i nietuzinkowy. Taki właśnie jest Mary i Max.


blog comments powered by Disqus