Recenzja filmu "Mistrz"

Autor: Redil

Reżyser Paul Thomas Anderson długo każe na siebie czekać. Ostatnie trzy jego filmy pojawiały się w kinach co pięć lat. Ale fani twórcy, który nie idzie z prądem hollywoodzkich manier, nikomu nie pozwalając wtrącać się w swą pracę, a już szczególnie nie respektuje schematów i utartych ścieżek rozprowadzonych po filmowym światku, mogą być pewni, że każdy kolejny film reżysera będzie obrazem najwyższego artyzmu oraz zaangażowania. Nie ma się więc co dziwić, że oczekiwania wobec Mistrza były gigantyczne; jeszcze na długo przed premierą w Cannes, mówiło się o pewniaku do Złotej Palmy i Oscara. A potem ten misternie pompowany balon pękł, dzieląc widownię na dwie części. Jedni nazywają film absolutnym arcydziełem, drudzy zaś posądzają go o przerost formy nad treścią.

Poznajemy Freddiego (Joaquin Phoenix) – weterana wojennego, wracającego do Ameryki. On i jemu podobni nie potrafią odnaleźć się w zwyczajnym świecie. Wojna bowiem całkowicie wypaczyła ich osobowości. Teraz rozbici, rozchwiani emocjonalnie, błądzą od miejsca do miejsca w poszukiwaniu normalności, z góry będąc skazanymi na porażkę. Freddie radzi sobie marnie; uzależniony od seksu oraz alkoholu, chwyta się każdej pracy, żeby tylko zarobić na kolejne uciechy. Sprowadzony niejako do poziomu żywej maszyny, przygarbiony, stłamszony, przetrawiony oraz wypluty przez wojnę, prowadzi to swoje mechaniczne, zwierzęce życie, kierując się jedynie instynktami prowadzącymi do zaspokajania najniższych potrzeb. Do czasu gdy los styka go z charyzmatycznym Mistrzem. Lancaster (Philip Seymour Hoffman), przywódca duchowy tajemniczej sekty, odnajduje w wykolejeńcu potencjał i bierze go pod swoje skrzydła. Obiecując odnalezienie celu w życiu oraz doznanie zupełnie nowych uczuć, wpuszcza Freddiego pod swój dach, skrupulatnie wprowadza go w tajniki Sprawy.

Od tej pory Anderson zaczyna prowadzić fenomenalną grę ze swymi bohaterami. Od pierwszego ich spotkania widać powstającą więź, obustronną fascynację, która z każdą sceną staje się silniejsza. Wszystko pokazane w sposób delikatny i niewymuszony, bez ciężkich akcentów oraz przesadzonych reakcji. Reżyser perfekcyjnie kreuje napięcie między postaciami, dopuszczając sceny niejednoznaczne, ale zachowując jednocześnie subtelność i maksymalną autentyczność.

Freddie początkowo jest dla Lancestera smokiem. Dzikim, gwałtownym, nieprzewidywalnym, ale w pewien sposób interesującym. Wystarczy go schwytać, okiełznać, udowodnić swoją siłę, aby zyskać sobie w nim posłuszeństwo. Freddie zaś potrzebuje mentora, punktu zaczepienia, który pozwoli mu odnaleźć jakiś sens. I chociaż nie rozumie, co się z nim dzieje, nie wie, dlaczego ci dziwni ludzie każą mu robić te dziwne rzeczy, to jednak gdzieś podskórnie wierzy, że tak trzeba, że to jest potrzebne. Tak wielką bowiem charyzmę posiada Lancester. A grany przez Phoenixa bohater  miota się jak zwierz, walczy, próbuje się przeciwstawić i zbuntować, ale łańcuchy coraz mocniej go oplatają.

Joaquin Phoenix jest genialny. Już dawno nie widziałem go w tak znakomitej roli, być może najlepszej w jego życiu. Jego naiwność, prostota myśli niewykraczająca dalej poza własny nos, niepewność w spojrzeniu, która w jedną sekundę może zmienić się we wrogość i nienawiść – wszystko to jest tak naturalne, że aż miejscami przerażające. Razem z równie świetnym Hoffmanem, Phoenix prowadzi aktorski pojedynek, którego wynikiem są sceny, na długo zapadające w pamięci. Wystarczy wspomnieć o fragmencie toczącym się w więzieniu, kiedy Freddie wpada w szał, wyrzucając swojemu mistrzowi zakłamanie. Pewność siebie Lancestera, nie dającego się wyprowadzić z równowagi, daje w tej sytuacji niezwykły efekt.

Wątek samej sekty zdaje się być na pierwszy rzut oka najsłabiej zarysowany. Anderson pozostawia tu mnóstwo niedopowiedzeń, nie tłumaczy widzom wszystkich sekretów, tak jakby sam wcale ich nie znał. Pytanie tylko, czy nie jest to efekt zamierzony, sugerujący widzowi zadanie sobie pytania, ile tak naprawdę mają nam do zaoferowania sekty/religie. Mimo wszystko reżyser operuje szczegółami, drobnymi elementami, takimi chociażby jak scena, w której na co dzień potulna, trzymająca się z boku żona Mistrza, zaczyna nad nim dominować. Składając te wszystkie fragmenty, w głowach widzów zaczynają się rodzić kolejne, liczne pytania, pozostające bez jednoznacznej odpowiedzi. Najciekawsze jednak wydają się pytania dotyczące samych relacji między Lancesterem a Freddiem. Czy dla Mistrza ten związek jest tylko eksperymentem, próbą sprowadzenia wykolejonego chłopaka na dobrą drogę, czy jednak kryje się za tym coś więcej, coś co zdaje się sugerować reżyser?

Całość rozgrywa się na tle wyśmienicie odwzorowanej Ameryki lat 50. Jak zwykle realia, w których rozgrywa się akcja filmu, w przypadku Andersona zarysowane są świetnie. Wystarczy wspomnieć o Aż poleje się krew. Subtelna muzyka Greenwooda, czasem stając się jednak nachalnie monotonna, wprowadza w przedziwny, jakby senny, hipnotyzujący nastrój. Reżyser jednak nie nuży, nie pozwala widzom na odpłynięcie, cały czas bowiem atakują nas mocne obrazy. Zresztą Anderson nie boi się szokować, potrafi zestawić obok siebie sceny przykuwające oko z takimi, które mogą nawet wywołać pewien niesmak. Ale twardo stawia na naturalizm pozbawiony zbędnych upiększeń, dodający filmowi silniejszego charakteru. W efekcie cała ta historia przedstawiona jest w niezwykle wysublimowany sposób, niemal każda scena stanowi dla widza gratkę.

Koniec seansu pozostawia pewien niedosyt, jakiś brak; może jedno czy drugie niedopowiedzenie Andersona jest tutaj główną przyczyną. Ale dzieło to nie zostawia widza w spokoju, przypomina o sobie jeszcze długo po jego obejrzeniu. Co najważniejsze jednak, z każdym dniem coraz mocniej go doceniam, odkrywając kolejne fascynujące elementy. Trudno ocenić ten film, ale jedno mogę stwierdzić już teraz: Mistrz to jak do tej pory zdecydowanie najlepiej zrealizowany i zagrany film roku.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus