Droga do wolności? - recenzja filmu "Więzień labiryntu: Próby ognia"

Ostatnich kilka miesięcy nie było litościwych dla ekranizacji książek dystopijnych. Najpierw wielkie rozczarowanie w postaci pierwszej części trzeciego filmu Igrzysk śmierci, później nie mniej spory zawód w postaci Zbuntowanej. Miłośnicy tego typu produkcji mogli poczuć więc pewien niepokój, czekając na kolejny dystopijny film powstały na podstawie książki. Wprawdzie pierwszej części nie można zbyt wiele zarzucić, ale podobnie sprawa przedstawiała się przypadku Niezgodnej. Jej kontynuacja natomiast pozostawia wiele do życzenia. Jak na tym tle wypadły Próby ognia? Zadziwiająco dobrze.

Streferzy myślą, że koszmar się skończył – wydostali się z labiryntu, przestali być częścią chorego eksperymentu, mogą wreszcie zapomnieć o koszmarze. Ale czy na pewno? Trafiają do siedziby organizacji, która walczy z DRESZCZ-em, a przynajmniej tak im się wydaje. Dostają ciepłą strawę, dach nad głową i nowe ubrania, ale wizja ich przyszłości nie jest wcale tak sielankowa jak może im się zdawać. Thomas dowiaduje się kilku ważnych i zarazem przerażających rzeczy o organizacji, do jakiej trafił wraz ze swoimi przyjaciółmi. Stawką w kolejnej grze jest życie Streferów.

Więzień labiryntu: Próby ognia to film, który wciąga już od pierwszej minuty. Niesamowite tempo akcji, przygoda i niebezpieczeństwo czające się za każdym rogiem, ciągła walka o przetrwanie. Adrenalina podnosi się z każdą nową sceną, by osiągnąć punkt kulminacyjny pod koniec projekcji. Twórcy filmu dokładnie wiedzieli, czego oczekuje od nich widz – mnóstwa akcji i jeszcze więcej niesamowitych zawrotów wydarzeń. Każdego z tych elementów zabrakło we wspomnianych wcześniej Igrzyskach śmierci: Kosogłosie czy Zbuntowanej.

Atmosfera grozy i niebezpieczeństwa podkreślona została rewelacyjnymi efektami specjalnymi. Zniszczone miasto, nieprzebrana pustynia, zgliszcza budynków… Takie widoki przytłaczają i przerażają – pokazują, jak może wyglądać przyszłość człowieka. Dodajmy do tego jeszcze grupę bohaterów, którzy muszą przetrwać w tym niekorzystnym środowisku. Zagrożeniem jest nie tylko pustynia czy opuszczone zniszczone budynki, ale również DRESZCZ i zarażeni ludzie.

I tutaj pojawia się motyw rodem z horrorów. Monstra pojawiające się w Próbach ognia to trochę inna wariacja na temat zombie. Trochę klasyki pomieszanie z wizją umarlaków z filmu World War Z – czyli rozkładające się szczątki, poruszające się dość szybko, (zatem ucieczka przed nimi wcale nie należy do prostych zadań), i plujące do tego czarną mazią. Kolejny dreszczyk emocji gwarantowany. Zwłaszcza, że twórcy nie mogli odmówić sobie pokazania tego jak wygląda zmiana w tego potworka.

Problem z tym filmem pojawia się na zupełnie innej niż wizualna płaszczyźnie – dotyczy on ekranizacji książki. Jeżeli nie czytaliście wcześniej serii Dashnera, wtedy ten zarzut możecie uznać za nieistotny. Jednak gdy znacie papierowy pierwowzór i uważacie, że Próby ognia to ciekawa i interesująca pozycja, poczujecie się mocno rozczarowani obrazem Wesa Balla. Film i książka różnią się prawie wszystkim – wypisywanie innych elementów zajęłoby sporo miejsca. Ekranowa produkcja poszła inną drogą niż książka. Czy to dobrze? Zależy od tego, czego oczekujecie.

Więzień labiryntu: Próby ognia, nie licząc kwestii ekranizacji, to dobrze nakręcony i przemyślany film, który przez cały czas zapewnia widzowi intensywną rozrywkę. Jeżeli podobała Wam się jedynka, dwójka to jeszcze lepszy obraz – więcej emocji, więcej wydarzeń i cliffhanger, który wzmaga apetyt na ostatnią część. A ta dopiero za rok…


blog comments powered by Disqus