Recenzja filmu "Metallica - Quebec Magnetic"

 

Kiedy na scenę wkracza legenda, napięcie rośnie. Czy sprosta oczekiwaniom? A może czymś zaskoczy? Prawda jest taka, że jeśli jest w dobrej formie, nie musi. Wystarczy, że "odpracuje" swoje. I tak właśnie prezentuje się Metalllica na swym najnowszym, wydanym na DVD koncercie – kilka godzin solidnego łomotu. Jakby wbrew prawom chemii i showbiznesu, pomimo upływu czasu, rdza się jej nie ima.

Koncert z trasy promującej ostatni dotąd studyjny album grupy otwierają dwa pierwsze kawałki z płyty Death Magnetic. I od razu widać, że Amerykanie podążają z duchem czasu. Po małym entrée – kilku scenach przygotowań od kuchni - kwartet pojawia się na scenie ustawionej pośrodku sali, oświetlanej często głównie laserami, a kiedy indziej powracającymi ostatnio do łask płomieniami ognia…

Longplay Death Magnetic wzbudził sporo kontrowersji i sprzecznych ocen. Zatem jakby unikając nieco ich pogłębiania Hetfield & Co. szybko proponują zgromadzonej tłumnie publice "old stuff". A po trzech evergreenach, następują kolejne dwa utwory z DM, potem znów "przerwa" i kolejne dwa. Po fali nowości przeplatanej hiciorami – trzy bisy, w tym cover z repertuaru Sweet Savage (b-sibe z Unforgiven, którego akurat na QM zabrakło…) i wielka finałowa feta…

Owe sześć kawałków z DM to w zasadzie wszystko, jeśli idzie o nowy (wówczas) program. Przynajmniej w filmie podstawowym liczącym sobie dziewięć kwadransów i osiemnaście kawałków. Bo materiału w Quebecu zarejestrowano więcej – osiem innych nagrań (w tym dwa z DM) głosem fanów, którzy dobierali program filmu, trafiło do dodatków na DVD.

Trochę dziwne, że koncerty promujące płytę z 2008 roku, skręcone rok później (30 października i 1 listopada w Colisée Pepsi w Québecu) ukazały się dopiero po trzech latach, pod koniec roku 2012. Ale to może znów wytrawne wyczucie, ze strony kapeli, która przetrzymała fanów parę lat na „głodzie”, czekając jednocześnie aż umilkną nieco echa  loudness wars, o których tak głośno zrobiło się po premierze DM. W Quebec Magnetic problem przesterowanych dźwięków nie występuje. Wszytko brzmi czysto i klarownie. Jednak spory nacisk w produkcji położono na brzmienie ciężkie, stąd wyraźna przewaga basów, które dudnią potężnie.

Tego wszak oczekują fani metalu i Metallici, która kontakt z publicznością nawiązuje omalże natychmiast. Dalej jest wszystko, czego można oczekiwać: gitarowe zabawy Hammetta, atawistyczne tańce Trujillo, pantomima wyrywającego się zza bębnów, przekomarzającego z publiką Ulricha, no i rozpoznawalny, niepowtarzalny wokal Hetfielda, który na większy "luz" pozwala sobie znacznie rzadziej.

Nie wiadomo, czy reżyser koncertu i filmu to jedna i ta sama osoba, ale tym razem Wayne Isham (wcześniej reżyserował m.in. parę teledysków Metallici oraz koncert S&M) wykonał solidną robotę. Zarówno dramaturgia muzyczna, jak i oprawa świetlna, są znakomite. Szczególne wrażenie robi gra świateł, pozwalająca czytać barwne plany i tła, podkreślająca detal obrazu. A najwierniejszych fanów z pewnością ucieszą oświetlające scenę, podnoszące się i opadające… cztery trumny – symbol z okładki DM.

Jedyne zastrzeżenie jakie można zgłosić do reżysera, to strasznie szybki montaż. Żadne ze scenicznych ujęć nie trwa praktycznie dłużej niż kilka sekund, co wpasowuje się w rytm muzyki, ale nie pozwala ogarnąć spokojne całości występu. Dopiero pod koniec szersze plany i jaśniejsze światła pojawiają się w większej ilości. Ale może o to chodzi? Żeby pozostawić niedosyt? On pozostaje na pewno, bo ten świetnie zrealizowany film z programem "dla każdego coś miłego" jest i tak jak wezwanie – przyjdź i zobacz sam, jak dajemy czadu!

Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus