Czas zmierzyć się z siłą - recenzja filmu "Mission: Impossible - Rogue Nation"

"Nie ma rzeczy niemożliwych" – ta dewiza doskonale oddaje klimat i charakter serii o przygodach i niesamowitych wyczynach agenta IMF Ethana Hunta. Niebezpieczeństwo nie figuruje w słowniku tego bohatera, dla niego rzeczywiście nie ma zadania, którego nie jest w stanie wykonać. Nieważne, czy wiąże się to ze spacerkiem po wysokim budynku całym ze szkła, czy z nurkowaniem w celu podmienienia chipów. Nieustraszony, szalony, lubiący stąpać po cienkiej linie – tutaj nie liczą się cechy charakteru tylko efekt końcowy, a ten zapewnia widzowi niezapomniane wrażenia. Zwłaszcza, że im dalej w las, tym więcej trzymających w napięciu scen. Jak wypadła najnowsza część serii Mission: Impossible? Bardzo przyzwoicie.

Kolejna misja, i kolejne niebezpieczeństwo, zażegnane. Wprawdzie akcja wymagała od Ethana wspinania się po samolocie, który wcale nie znajdował się wtedy na ziemi, ale w przestworzach, to jednak trochę adrenaliny jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Grunt, że zadanie zostało wykonane. Teraz można spokojnie udać się do centrali w Londynie i odsłuchać pozostawioną wiadomość, która naprowadzi bohatera na trop Syndykatu. Bardzo szybko okazuje się jednak, że tajemnicza grupa, którą tropi Hunt, znajduje się bliżej niż przypuszczał. Tuż za drzwiami. I udaje jej się schwytać bohatera. Czy i tym razem protagoniście uda się uciec i powstrzymać szaleńców? Może to być o tyle trudne, że IMF zostało rozwiązane, a on znalazł się na liście poszukiwanych zbiegów.

Czego można się spodziewać po Rogue Nation? Jeszcze większej dawki szaleństwa, niebezpiecznych misji, pomocnych gadżetów i scen walki. Tym razem po przeciwnej stronie znajduje się nie byle jaki złoczyńca z przerostem ego, pragnący wysadzić małe państewko. Hunt musi zmierzyć się z tak samo sprytnym i szalonym przeciwnikiem, jak on sam. Dodatkowo jego oponent również uważa, że nie ma na świecie rzeczy niemożliwych. Wystarczy tylko ruszyć głową, zebrać odpowiednią ekipę i zacząć spełniać marzenia. Chore i niebezpieczne, ale zawsze marzenia.

I trzeba przyznać, że głównemu złemu i jego pomagierom idzie całkiem dobrze. Oczywiście dopóki nie postanawiają pobawić się z Huntem i jego ludźmi. Co z tego wyniknie? Zobaczycie w najnowszej odsłonie serii. Jedno jest pewne – przed seansem musicie zapiąć pasy i wstrzymać oddech, bo czeka Was ostra jazda bez trzymanki. Wizualna i dźwiękowa, ale adrenalina na pewno zacznie buzować w żyłach.

Fabuła jest przewidywalna i miejscami bardziej zakręcona niż Królik z Alicji w Krainie Czarów – szpiedzy szpiegów, tajne organizacje tajnych organizacji czy potrójny agenci mogą wywołać lekki ból głowy. Skomplikowanie bywa jednak bardzo sztampowe a kiedy już widz wpadnie w ten rytm, bardzo szybko odnajdzie odpowiednie kroki. I równie szybko domyśli się, kto wygra pojedynek na spryt i bycie o jeden krok przed innymi.

Wiadomo jednak, że nie dla fabuły ogląda się takie obrazy. Tutaj chodzi o emocje, przerysowanie i pokazywanie starcia z tym, co do tej pory można było uznawać za niemożliwe. A jeżeli dodamy jeszcze do tego dwa naprawdę wielkie umysły, czyli protagonistę i antagonistę, otrzymamy wybuchową mieszankę.

Akcja w czystej postaci – takimi słowami można scharakteryzować tę produkcję. Już pierwsze sekundy filmu wbijają widza w fotel. I dobrze, bo nudzenie się na obrazie należącym do tego gatunku byłoby niewskazane. Mamy mniej wybuchów, ale za to naprawdę zjawiskową i miejscami pełną humoru sekwencję pościgu czy też wspomnianą już wcześniej scenę z nurkowanie w celu wymiany chipu. A to tylko niektóre smaczki zaserwowane przez twórców.

Oczywiście, by obejrzeć piątą część Mission: Impossible, powinno się znać wcześniejsze odsłony cyklu. Dla wejścia w świat, w celu porównania poszczególnych filmów. Dopiero wtedy można się rozkoszować piątą produkcją. Może nie tak dobrą jak choćby czwórka, ale na pewno wartą obejrzenia. Zwłaszcza wakacyjną porą.


blog comments powered by Disqus