Wszytko to już kiedyś było...

Autor: aDiego
plakat filmu Wszytko to już kiedyś było...

Jest rok 2020. Na Marsa wyrusza ekspedycja złożona z czterech osób. W niewyjaśnionym kataklizmie giną trzy z nich. Przy życiu zostaje jedynie dowódca wyprawy Luke Graham. Przekazuje on na Ziemię meldunek, który zmusza do podjęcia misji ratunkowej. Uczestniczą w niej kolejne cztery osoby. Ich lot na "czerwoną planetę " trwa pół roku i jest dramatyczny. W wypadku ginie jeden z kolegów. Nie wiedzą też czy znajdą kogoś żywego. Po wylądowaniu okazuje się, że Luke żyje i ma dla nich rozwiązanie zagadki tajemniczej śmierci jego kolegów. Jak dalej potoczy się akcja wolę nie mówić.
To trzeba zobaczyć, albo i nie. Bowiem film ma fabułę zlepioną z różnych pomysłów zaczerpniętych z innych filmów s.f. Momentami wieje nudą. A jak już jest dramatycznie to możemy się zastanawiać dlaczego akcja filmu potoczyła się tak, a nie inaczej. "Ja przecież rozegrałbym to zupełnie inaczej". Koncepcje typu jesteśmy Marsjanami (nasze poza ziemskie pochodzenie) czy słynna marsjańska twarz zostały tutaj wykorzystane stereotypowo. Relacje między uczestnikami wyprawy są sztuczne (oprócz jednego małżeństwa). Wszystko oparte jest na dosłowności filmu. Przez nie dowiemy się niczego nowego o Marsie, ani żadnych innych tajemnic z nim związanych. Wszystko po prostu już gdzieś słyszeliśmy (czy to nie był jakiś film dokumentalny?). Przez to wszystko film ten wygląda jak "połknięty cukierek w całości".
Najmocniejszą strona filmu są efekty specjalne. Momentami aż trudno się nimi na dziwić. Są po prostu wspaniałe. Moim zdaniem najlepiej wypadają burza piaskowa i holograficzne przedstawienie w jednej z końcowych scen. Przekonująco wygląda również przestrzeń kosmiczna i Mars (w rzeczywistości pustynne tereny Ameryki pomalowane na pomarańczowy kolor).

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus