"Misja" niskich lotów

Autor: Belphegor

Czerwona planeta, nazwana z tego powodu imieniem boga wojny, Marsa, jest najbardziej podobnym do Ziemi globem w Układzie Słonecznym. Wzbudzała zainteresowanie ludzi od bardzo dawna, a co najmniej od XIX w., kiedy to przez pomyłkę stwierdzono na niej obecność "kanałów", istniały przypuszczenia, że na Marsie jest czy było życie. Stąd w literaturze fantastycznej właśnie na tej planecie umieszczano najczęściej obce cywilizacje. Nie dziwne więc, że również w filmie często motyw Marsa jest wykorzystywany.
Obraz zaczyna się od typowego, sielankowego przyjęcia w stylu amerykańskim: grill, goście, dzieci. Nie powiem, że takiego początku oczekiwałem po następcy Odysei kosmicznej. Mamy rok 2020. NASA organizuje olbrzymią załogową wyprawę na Marsa. Przyszli uczestnicy tej wyprawy są również gośćmi tegoż przyjęcia. Tam poznajemy ich sylwetki. Są to marzyciele, którzy całą swoją dotychczasową pracę w NASA poświęcili planowaniu wyprawy na Marsa. Największym przegranym wśród nich jest Jim McConnell (Gary Sinise, znany z Forrest Gumpa, czy ostatnio z Zielonej mili), największy wizjoner pośród naszych bohaterów, który załamał się po śmierci swojej żony, razem z którą opracował kiedyś dokładny plan wyprawy. Niestety nie weźmie on w niej udziału.
Po kilkunastu miesiącach ekspedycja z Luke'm Grahamem (Don Cheadle) na czele dociera do celu. Już na miejscu jadą zbadać pewną górę. Wtedy prawie cały zespół ulega śmiertelnemu wypadkowi w wyniku tajemniczej katastrofy. Centrala podejmuje natychmiast wysłanie wyprawy ratunkowej. Na jej czele postawiono Woody Blake'a (w tej roli Tim Robbins, znany przede wszystkim z Gracza Altmana, czy Skazanych na Shawshank albo Pret-A-Porter), kolejnego gościa z wyżej wymienionego przyjęcia. Razem z nim poleci jego żona dr Terri Fisher (Connie Nielsen znana m. in. z Adwokata diabła), informatyk Phil Ohlmyer (Jerry O'Connell znany u nas z serialu Sliders). Do wyprawy dołączył również Jim McConnell (Sinise).
Ekspedycja ratunkowa napotyka na nieprawdopodobnego wręcz pecha. Niezawodna amerykańska technologia nawala tam na każdym kroku, bohaterowie tracą cały statek ratunkowy, ginie kapitan wyprawy. Już w tym momencie filmu wyraźnie widać, że De Palma postawił na sensację i dramatyczną akcję, kosztem głębszych treści. Dalej jest niewiele lepiej.
Sam film kończy się oczywiście happy endem, można powiedzieć wręcz cukierkowym. W gatunku filmów sf dla dzieci z lat 80-tych. Nie będę zdradzał końca, powiem jedynie, że budzi raczej śmiech, niż patos, na którym zapewne zależało twórcom filmu.
screen1 W filmie uderza przede wszystkim rozmach. Sceny w kosmosie, wnętrza i projekty statków są bardzo przekonujące.Przy filmie współpracował cały sztab konsultantów z NASA, stąd trudno się temu dziwić. Inną sprawą jest to, że stopień wadliwości sprzętu kosmicznego, jaki zaprezentowano w tym obrazie, nie nastraja do optymizmu. Bardzo interesujące są natomiast marsjańskie plenery. Zostały bardzo dobrze odtworzone i robią duże wrażenie. Szkoda jednak, że stanowią one tam dosyć drugorzędne tło dla płaskiej historii - ta scenografia została całkowicie nie wykorzystana.
Motywem, który ma tworzyć tajemniczą atmosferę w tym filmie, jest legendarna marsjańska twarz. Choć ostatnie zdjęcia rejonu Cydonii całkowicie wykluczyły istnienie takiej struktury na powierzchni czerwonej planety, twórcy filmu konsekwentnie eksploatują ten motyw. Miałem jeszcze nadzieję, że przynajmniej znajdzie on tutaj zastosowanie mistyczno-symboliczne, podobnie jak słynny monolit w Odysei kosmicznej. Niestety, ku mojemu rozczarowaniu, było to raczej coś w stylu Dänikena.
Nie zachwyca także gra aktorów. Jest tu parę dramatycznych scen, są jednak nieco sztuczne. Najlepiej wypada Gary Sinise w głównej roli. Jednak jak okazuje się w finale, jest to dobra mina do złej gry.
Można zwrócić uwagę jeszcze na muzykę, którą skomponował Ennio Morricone. Jest dobra, doskonale ilustruje film, miejscami monumentalna, liryczna, albo budząca poczucie zagrożenia. Jednak nie jest to jego najlepsza ścieżka dźwiękowa, raczej odstaje od poziomu jego najsłynniejszych dokonań.
Podsumowując, Misja na Marsa to film niskich lotów. Jest bardzo wtórny, składa się z licznych zapożyczeń z kina sf, czy kultury masowej w ogóle. Niestety, nie ma w tym filmie niczego, co wybroniłoby go w jakiś sposób. Taka sobie kosmiczna, pseudo-naukowa opowiastka. W każdym razie nie polecam.


blog comments powered by Disqus