Recenzja animacji "Uniwersytet Potworny"

Znane i lubiane potwory powracają na duże ekrany, tym razem odsłaniając przed nami nieznaną dotąd kartę z swojej przeszłości. Każdy, kto zastanawiał się, jak właściwie Sully i Mike zostali przyjaciółmi, teraz ma szansę się tego dowiedzieć. Prequel Potworów i spółki to wyraziste postaci, dziesiątki gagów oraz tempo, które nie pozwala nawet na moment oderwać oczu od przedstawionych w filmie wydarzeń.

Pixar rozpieszcza swoich fanów z produkcji na produkcję coraz bardziej: od dłuższego już czasu rokrocznie wypuszcza do kin tytuły, który przyciągają tłumy i nie rozczarowują. Studio ma także niezwykłe szczęście do udanych kontynuacji – druga częśc Aut przez wielu uznana była za lepszą nawet od pierwszej, a trylogia Toy Story wraz trzecią odsłoną dokonała tego, co wydawało się niemożliwe: ostatnia część cyklu jest jak dotąd jedynym filmem animowanym w historii, który zarobił ponad 1 mld dolarów. Trudno więc dziwić się, że Uniwersytet Potworny miał wysoko postawioną poprzeczkę. Widzowie mogą jednak odetchnąć z ulgą: jest o wiele lepiej, niż można się było spodziewać.

Feeria nasyconych barw wybucha niemal na samym początku. Lubianych bohaterów poznajemy z zupełnie nowej strony – Mike’owi towarzyszymy już od podstawówki, obserwując, jak rodzi się jego marzenie: zostać straszakiem. Dzięki wytrwałości i ciężkiej pracy zielony, jednooki potwór dostaje się ostatecznie na Uniwersytet Potworny (nie biorąc nawet pod uwagę Strachotechniki), jednak tu zaczynają się schody: pomimo wsparcia chorobliwie nieśmiałego Randalla (na tym etapie zakompleksionego okularnika) nie jest w stanie pokonać swoich fizycznych ograniczeń. Przerażająca dziekan Skolopendra nie motywuje go bynajmniej do pracy, a towarzystwo zarozumiałego, popisującego się Sully’ego, który najwyraźniej dostał się na studia jedynie dzięki nazwisku ojca, nie poprawia sytuacji. Przekreślenie dziecięcych marzeń nie łamie jednak woli walki okrągłego kujona: rzuca wyzwanie bestii i wraz z bractwem Obciach Kappa staje w szranki, ryzykując wszystko.

Uniwersytet Potworny ma standardową konstrukcję: kwintesencją opowieści jest przyjaźń i zaufanie, męska więź rodząca się między początkowymi wrogami zjednoczonymi we wspólnej walce. Po drodze mamy oczywiście zdradę, kłamstwo „dla twojego dobra”, nieświadomie zadane rany, ogromne poświęcenie i wreszcie happy end. Z tym, że wcale nie do końca: potwory tym razem zaskakują. Pokazują się z każdej – także z tej brzydkiej – strony. Uświadamiają, że podły Randall nie zawsze był wcieleniem złośliwości i okrutnym sadystą, a sympatyczny, prostoduszny Sully przypomina nieco ograniczonego i leniwego kapitana licealnej drużyny futbolowej rodem z amerykańskich filmów o młodzieży, którego interesują tylko rozrywki. Szczególnie pogłębiona jest postać Mike’a: zielony potworek urasta tu do rangi bohatera tragicznego, który walczy z przeznaczeniem wbrew wszelkiej logice.

Gdyby była to typowa bajka dla dzieci, główny protagonista osiągnąłby swój cel i przezwyciężył wszystkie przeszkody na swojej drodze. Bo przecież nieważne, kim się jest, wystarczy mocno pragnąć i bardzo się starać, żeby osiągnąć wszystko, czego się chce. Uniwersytet Potworny uczy jednak czegoś innego: czasami trzeba ustąpić i poszukać czegoś innego, w czym jest się dobrym. Marzenia są wspaniałe, ale nie można zatopić się w nich bez reszty, należy zachować umiejętność racjonalnego postrzegania faktów. Bo – jak uczy małego (a może nie tylko?) widza Mike – w szczęściu nie chodzi o osiąganie zamierzonych celów, ale o docenianie tego, co mamy, umiejętność czerpania radości z codziennego życia. Ta zaskakująco mądra bajka, pomimo, że bawi praktycznie przez cały seans, naprawdę daje do myślenia.  

Zakończenie zadaje ostateczny cios sztampie: happy end to nie zawsze „i żyli długo i szczęśliwie”, nie musi zawierać oklasków i zapewnienia o tym, że oto skończyły się trudy codzienności i przed nami już tylko nowy, wspaniały świat. Wrota Uniwersytetu Potwornego zamykają się za bohaterami w nie do końca szczęśliwych okolicznościach, jednak nasze dwa ulubione potwory wiedzą doskonale, że to dopiero początek ich drogi. Chociaż wszyscy wiemy, jak potoczą się dalej losy tego duetu, po raz pierwszy z całą mocą możemy sobie uświadomić, ile ich to kosztowało. To pozbawione dodatkowych warstw lukru rozwiązanie fabuły zdaje się mówić wprost: nie zawsze udaje się od razu, nie zawsze można pójść oczywistą ścieżką. Czasami trzeba zacisnąć zęby i walczyć, piąć się na szczyt od samego dołu. A przede wszystkim należy uwierzyć w samego siebie i wykorzystać jak najlepiej wrodzone możliwości.

Przed właściwym seansem prezentowana jest kilkuminutowa krótkometrażówka Pixara pt. Niebieski parasol. Chociaż studio słynie ze swoich krótkich metraży, tym razem nie ma się specjalnie nad czym zachwycać: ta urocza historyjka o pewnej miłości jest równie ładna, co banalna. Na szczęście kończy się szybko, wpuszczając na ekran prawdziwe gwiazdy wieczoru. Panie, panowie, oto Uniwersytet Potworny. Warto wybrać się do kina całą rodziną.

Uniwersytet Potworny możecie obejrzeć w


blog comments powered by Disqus