"Morgan" - recenzja filmu

Talentu nie wytworzysz genetycznie

Morgan to debiut reżyserski syna geniusza kinowego Ridleya Scotta. Czy Luke odziedziczył talent po ojcu? Niestety już w zwiastunie dowiadujemy się, że tak nie jest, a po obejrzeniu całego filmu możemy utwierdzić się w tym przekonaniu.

Prawie pięćdziesięcioletni Luke Scott bardzo późno zdecydował się na podjęcie próby pójścia w ślady ojca. Scenariusz obrazu został stworzony przez Setha W. Owena, który również jest raczkującym twórcą. Jedynym pewnikiem był tutaj producent, czyli sam Ridley Scott – pozostała część realizacji stanowiła ryzykowne przedsięwzięcie.

Ten 90-minutowy obraz przedstawia nam historię „dziewczynki” wyhodowanej w środowisku laboratoryjnym. Jest to kolejna próba wytworzenia sztucznego życia przez wielką korporację. Wszystko idzie zgodnie z planem aż do momentu, w którym Morgan traci nad sobą kontrolę i dochodzi do, jak wszyscy to określają, „incydentu”. Wtedy wkracza agentka specjalna do zajmowania się ryzkiem Lee Weathers, która ma zdecydować czy badania będą kontynuowane, czy też nie. Przyjeżdża do znajdującego się na odludziu ośrodka w celu bezpośredniego przyjrzenia się całemu zajściu oraz ekipie naukowców czuwających nad rozwojem Morgan. Jej wizyta ma oczywiście na celu także poznanie samej wyhodowanej istoty. Całą tę treść dostajemy już na dzień dobry w zwiastunie. Oglądając film w kinie, nie dowiadujemy się niczego nowego – a już na pewno niczego zaskakującego. 

Historia poprowadzona jest w bardzo oczywisty sposób, szereg zdarzeń następuje po sobie bez żadnego zaskoczenia. Zabrakło tutaj tajemnicy i miejsca na snucie domysłów, co stanie się dalej i jaki będzie finał. Widzom został przedstawiony określony schemat kręcenia z niezwykłą precyzją thrillera z domieszką sci-fi, ale nic poza tym. Problemem jest również to, że oglądając ten film, nie jesteśmy w stanie zaangażować się emocjonalnie ani losy w poszczególnych bohaterów, ani w fabułę obrazu. Ciężko powiedzieć, z czego to konkretnie wynika – czy to gra aktorska, czy scenariusz, czy może źle poprowadzona reżyseria, ale zdecydowanie brakuje możliwości wciągnięcia się w przedstawione wydarzenia i utożsamienia się z osobami w nich uczestniczącymi. 

Reżyser Luke Scott dostarcza widzom jedynie dobre ujęcia, zadawalającą grę aktorską i trochę brutalnych scen. Poza tym niestety można mało dobrego powiedzieć. Ogląda się go z nadzieją, że na końcu nastąpi niesamowity zwrot akcji i zamieni cały ten film w arcydzieło. Dobrnąwszy do napisów końcowych przekonujemy się, że nic takiego nie ma miejsca. Zdecydowanie synowi Ridleya Scotta zabrakło polotu i pomysłowości swojego ojca do tworzenia prawdziwych dzieł kinematografii. Widać natomiast, że Luke odbył solidny warsztat z zakresu technicznego podejścia do kina, lecz jak wiemy to nie wystarczy żeby film był poruszający. Mówiąc wprost Morgan zabrakło duszy. 

Korekta: Damian Lesicki


blog comments powered by Disqus