"Mother!" - recenzja filmu

Apokalipsa według świętego aronofskiego

Mistrz psychologicznego kina, lubiący wychodzić poza wszelkie schematy i szokować widza najbardziej jak się tylko da, powraca w wielkim stylu. Po niezbyt udanej i zrozumiałej produkcji Noe: wybrany przez Boga z 2014 roku Aronofsky stworzył film, które zdecydowanie podzieli publiczność na zagorzałych zwolenników i przeciwników. Mother! jest dziełem bezkompromisowym i zachęcającym do dyskusji. Albo się w nim zakochacie albo je znienawidzicie. A potoczne stwierdzenie: „co się zobaczy to się nie odzobaczy” niech da wam do myślenia przed wybraniem się na seans.

Mother! w dużym uproszczeniu ukazuję historię poety i jego muzy. Gdzieś pośrodku łąki oddaleni od cywilizacji i pozostawieni sami w sobie w ogromnym przepięknym domu prowadzą idylliczne życie niczym w jakieś utopii. Tytułowa matka czyli Jennifer Lawrence stara się za wszelką cenę być wsparciem i opoką dla swojego ukochanego, walczącego z niemocą twórczą męża, w którego rolę wciela się Javier Bardem. W tym celu przejmuje wszystkie obowiązki łącznie z wyremontowaniem i udekorowaniem domostwa, tak by stało się ich ostoją. Miejsce to – tak jak ona – tętni życiem i staje się piękną metaforą matki wystawionej na ciężką próbę. A dochodzi do tego w momencie, gdy zbłąkany nieznajomy puka do ich drzwi, co jest dość niecodzienną sprawą na tym odludziu i zmienia ich życie na zawsze. Poeta przyjmuje strudzonego wędrowca z ufnością i gościnnością, które wydają się wręcz przesadne, a jego najdroższa pomimo wątpliwości nadal stara się grać idealną panią domu. Tylko, że dzwonek do drzwi nie przestaje dzwonić, a atmosfera coraz mocniej zamienia się w niepokojącą i duszną.

Aronofsky bardzo wyraźnie balansuje tutaj na krawędzi realizmu i iluzji. Zresztą to nie pierwsze dzieło, w którym reżyser zmusza nas do wyjścia poza ogólne schematy naszej wyobraźni i sięgania dalej, analizowania i odkrywania jego twórczości na innych poziomach świadomości. Ukazuje nam pozornie rzeczywisty świat z przyziemnymi problemami, ale czyni z niego piękną alegorię, którą wytrawniejszy fan kina dostrzeże bez problemu. Pozostali mogą mieć jednak z Mother! nie lada problem i chyba właśnie tutaj następuje podział na fanów i przeciwników. Nie jest to kino łatwe, przyjemne i oczywiste. Dzieje się tutaj bardzo wiele, a każde ujęcie odkrywa przed nami nową prawdę oraz wzbudza inne obawy. Jennifer Lawrence, grająca kluczową rolę tytułową, idealnie balansuje emocjami swojej postaci do tego stopnia, że wchodzimy niemal w jej skórę. Filmem tym po raz kolejny udowadnia, jak wybitną jest aktorką i że jeszcze długa kariera przed nią. Partnerujący jej Javier Bardem nie pozostaje obojętny. Gdy patrzymy na jego rolę, pojawia się nam w głowie bardzo wiele znaków zapytania, które stopniowo zamieniają się w pulsujące wykrzykniki. Pomimo tego, że w filmie pojawiają się również inne postacie, śmiało można powiedzieć, że ta dwójka całkowicie kradnie spektakl.

W Mother! akcja rozgrywa się w jednym miejscu. W domu, który staje się kluczowym elementem całości historii. Metaforą wykorzystywaną już przez kino nie raz, ale tutaj ukazaną w bardziej osobliwy i dobitny sposób. Reżyser udowadnia widzom niemal tak jak Polański w Rzezi, że akcja rozgrywająca się w jednym miejscu czy też zamkniętym pomieszczeniu wcale nie musi być historią nudną. Wręcz przeciwnie – jeśli tylko jest dobrze poprowadzona. Aronofsky ciekawie pracuje kamerą, a wytworzony klimat filmowego domu idealnie wpasowuje się w spójną całość opowieści. Przede wszystkim widzimy trudny proces pracy artysty i wiążące się z tym problemy we współżyciu z członkami rodziny. Osobą, która jest kapryśna, rozdrażniona i pragnie za wszelką cenę stworzyć kolejne arcydzieło oraz być wielbioną przez tłumy.

Darren Aronofsky lubi szokować i trzymać widza w napięciu do granic wytrzymałości. Mroczna wyobraźnia reżysera przypomina trochę w Mother! niepokojące obrazy Salvadora Dalego, na któych rzeczywiste przedmioty ukazywane są w sposób przerysowany, niecodzienny i, mówiąc prosto, dziwny. Nie każdemu się to spodoba i nie każdy to zrozumie, niemniej jednak reżyserowi należy się wielki szacunek za to, że w hollywoodzkiej fabryce tak jak jego europejscy koledzy von Trier czy Lanthimos przełamuje schematy i robi swoje wyjątkowe, oryginalne kino, zdając sobie sprawę, że nie trafi ono do wszystkich, a tylko do nielicznych wybranych.  

Korekta: Damian Lesicki


blog comments powered by Disqus