Dzień Matki - recenzja filmu

Autor: Korni

Zerwane więzi

Amerykańskie komedie przechodzą ciężki okres. Popularność komiksowych adaptacji oraz nagminne odgrzewanie znanych i sprawdzonych hitów nie daje im możliwości wypłynięcia na szerokie wody w box office. Niestety, brak nowatorskich pomysłów oraz ciekawych fabularnie wątków pogłębiają kryzys gatunku. Czy najnowsza produkcja Garry’ego Marshalla, twórcy takich komediowych klasyków jak Pretty Woman czy Uciekająca Panna Młoda, pomoże podnieść się triumfującemu niegdyś sukcesy filmowemu formatowi?

Dzień Matki to historia kilku przeplatających się wątków. Sandy (Jennifer Aniston), matka dwóch synów, musi pogodzić się, że w jej życiu rodzinnym pojawia się dużo młodsza kobieta. Jesse (Kate Hudson) razem ze swoją siostrą-lesbijką Gabi (Sarah Chalke) ukrywają przed rodzicami prawdę o swoich życiowych wyborach. Bradley (Jason Sudeikis)po śmierci ukochanej żonystara się wychowywać samotnie dwójkę córek. Miranda (Julia Roberts) to telewizyjna gwiazda, która w całości poświęciła się karierze. Z kolei Kristin (Britt Roberston) nieustannie odrzuca oświadczyny swojego chłopaka, który zarazem jest ojcem jej dziecka. Co może połączyć historie tych kliku diametralnie różnych osób? Jedna, specjalna data: Dzień Matki.

To, co polskich widzów może zadziwić podczas seansu, to fakt wielkiego przeżywania tego dnia przez Amerykanów. W naszej kulturze Dzień Matki jest okazją do wykonania odświętnego telefonu lub wręczenia bukietu kwiatów. W wielu krajach (m.in. Australia, USA, Kanada, Chiny, Grecja czy Włochy) data ta przypada na drugą niedzielę maja, a więc dużo wcześniej niż w Polsce. W przypadku Amerykanów historia Dnia Matki sięga wojny secesyjnej i niesie ze sobą kontekst feminizacji, w tym walki o prawa kobiet, a także protestu przeciwko konfliktom zbrojnym. Współcześnie obchody tego święta uległy komercjalizacji, ale (jak każda inna okazja) jest to świetny moment do świętowania w gronie najbliższych. I właśnie przez celebrację tej daty przeprowadza nas fabuła filmu.

Zdecydowanym plusem produkcji jest przedstawienie Dnia Matki z perspektywy każdego z bohaterów, a więc w zgoła odmiennych od siebie spojrzeniach. Próba uchwycenia nie tyle znaczenia postaci matki, ale pokazania kobiecych ról, daje widzowi ciekawy pogląd. Mamy więc przekrój pokoleniowy: od dorastających dziewczynek pozbawionych mamy, przez kobietę, która musi nauczyć się dzielić swoimi dziećmi „z tą drugą”, na roli babci skończywszy. Patrząc z tej perspektywy na najnowszą komedię Marshalla film miał naprawdę spore szanse na zabłyśnięcie fabularnym potencjałem. Niestety – zabrakło pomysłu, w którym kierunku ostatecznie produkcja pójść powinna: czy komediowym, czy obyczajowym, a może nawet dramatycznym. Wielość stylów narracji nie daje nam tej odpowiedzi.

Postawienie na kilka przeplatających się historii i nagromadzenie znanych nazwisk w obsadzie Marshall testował już w Walentynkach i Sylwestrze w Nowym Jorku. Choć tytuły te nie należały do filmów najwyższych lotów, to oba te zabiegi przyniosły zamierzony efekt odzwierciedlony w liczbie widzów. Z pewnością tym razem będzie podobnie – aż trzy królowe komedii romantycznych w jednym filmie (Roberts, Hudson i Aniston) zwabią tłumy – i to jedyny apekt, którego można im pogratulować. Aktorsko nikt nie robi na nas piorunującego wrażenia – postaci zagrane są jak z kalki, przez co poszczególne losy są mdłe i nijakie. Odrealnione od rzeczywistości tematy pogodzenia zwaśnionych pokoleń, przychodzącego bez większego wysiłku wybaczania oraz spłycenie poważnego wątku, jakim jest akceptacja związków homoseksualnych i adopcji przez nich dzieci, nie daje tej komedii szans na pozostanie w pamięci widza na dłużej. Choć od produkcji tego typu nie wymagamy górnolotnych przekazów i odkrywczych treści, to nie możemy rezygnować z oczekiwań, że bohaterowie, których w nich spotykamy, będą choć trochę wiarygodni. Trudno jednak o takie wrażenie, kiedy rzekomo ksenofobiczni rodzice w sekundę zmieniaja swój stosunek do ciemnoskórego męża córki, a porzucona przez matkę dziewczyna po kilkuminutowej rozmowie z nią zrzuca z siebie głęboką traumę noszoną od lat. Z tego powodu, mimo, że gagów komediowych i zabawnych dialogów jest sporo, sfera komediowa filmu nie sprawia nam należytej przyjemności. Dodajmy do tego ciężki wątek przeżywania śmierci najbliższej osoby i możemy się już zastanawiać, czy to bardziej parodia, czy satyra na Dzień Matki.

Amerykańska komedia była kiedyś synonimem udanego kinowego seansu. Obecnie filmy te, przyćmione przez pełne fantastycznych postaci i efektownych wybuchów kino, straciły na oglądalności, a twórcom w którymś momencie zabrakło pomysłu, jak odzyskać utraconą pozycję. Brak polotu i próba zmieszania wszystkiego w jednym filmie daje nam długie i mało zabawne produkcje. Miło jest ujrzeć na kinowym ekranie kilka dobrze znanych nam twarzy; szkoda tylko, że nie są już one żadną gwarancją jakości.

Korekta: Joanna Biernacik


blog comments powered by Disqus