Pamiątka z celuloidu

plakat filmu Pamiątka z celuloidu

Mój tydzień z Marylin jest trochę jak niewywołana klisza z wakacji odnaleziona w zakamarkach szafy po 40 latach i zaniesiona do zakładu fotograficznego. Wraz z wywołanymi zdjęciami powracają wspomnienia, te najpiękniejsze – wygładzone przez czas jak kawałek szkła przez morski piasek. A przez to nie do końca realne.

Film debiutującego na dużym ekranie Simona Curtisa to adaptacja wspomnień Colina Clarka w 1956 roku 23-letniego trzeciego asystenta reżysera filmu Książę i aktoreczka, który zakochał się w poznanej na planie Marylin Monroe. Z publicznym wyznaniem swej młodzieńczej afektacji czekał jednak aż do roku 1995. Spisana przez niego historia stała się, rzecz jasna, bestsellerem. Nic więc dziwnego, że zainteresowali się nią producenci. A ponieważ to wspomnienia Clarka to historia dwóch ikon ówczesnego kina – Anglika Laurence'a Oliviera i Amerykanki Marylin Monroe, ekranizacja powstała wspólnymi siłami Londynu i Hollywood.

Ekranową Marylin poznajemy więc oczami Clarka. Zafascynowany kinem młodzieniec jest na planie człowiekiem od wszystkiego – przyniesie kawę, wynajdzie dom dla gwiazdy, odszuka zawieruszony scenariusz itp. Co rano jest pierwszy na posterunku i ostatni z niego schodzi. Miał odrobinę szczęścia, dzięki pozycji rodziców, jego protegowanym jest sam Laurence Olivier – gwiazda królewskiego teatru i najwybitniejszy brytyjski aktor w historii. To on był inicjatorem zaproszenia do współpracy Marylin Monroe – zjawiskowej aktoreczki z Hollywood, którą prawdopodobnie zamierzał uwieść. 30-letnia Monroe zjawia się w Londynie u boku swojego trzeciego męża, pisarza Arthura Millera. Zawarte dopiero co małżeństwo przeżywa jednak właśnie pierwszy kryzys, a nie potrafiąca odnaleźć się w zderzeniu z arystokratyczną angielską kulturą Marylin popada w depresje, ucieka w leki i alkohol. Niespodziewane wsparcie znajduje właśnie w Clarku – lekko naiwnym, a przede wszystkim otwartym młodym mężczyźnie, jedynym, przy którym nie jest zmuszona odgrywać jakiejkolwiek roli.

Ekranowa historia stara się łączyć wydarzenia z planu Księcia i aktoreczki z historią krótkiego „romansu” głównych bohaterów (film i książka sugerują, że miał on jedynie platoniczny charakter).  Całość zrealizowana została według sprawdzonych wzorców angielskiej komedii kostiumowej znanych choćby z zeszłorocznego tryumfatora Oscarów – Jak zostać królem. Niestety, w przeciwieństwie do wspomnianego poprzednika, w Moim tygodniu z Marylin wyraźnie zabrakło lekkości i oddechu niedoświadczonemu reżyserowi. Na całe szczęście miał u swego boku dwie klasowe aktorki – odgrywającą główną rolę Michelle Williams oraz, wręcz kradnącą momentami niektóre sceny, Judy Dench.

Mój tydzień z Marylin ogląda się lekko, tak jak gładko słucha się romantycznych wspomnień sprzed pół wieku. Mimo banalności mają bowiem swój urok. Nie warto jednak liczyć, że dowiemy się z nich czegoś o Marylin.
 


blog comments powered by Disqus