Recenzja filmu "Need for Speed"

Autor: Hagath

Stworzenie ekranizacji gry, której istota nie jest zbyt skomplikowana, gdyż polega na strzelaniu lub ściganiu się, może być niezwykle ryzykowne, o czym fani tego typu kina już się nie raz przekonali. Reżyser Scott Waugh kręcąc Need for Speed musiał przy tym brać pod uwagę konkurencję z wyrobioną już marką – nie da się bowiem uniknąć porównań do chociażby Szybkich i wściekłych. I choć Need for Speed brakuje trochę polotu, to stanowi dobrą propozycję dla tych, którzy chcą pójść ze znajomymi na jakiś luźny, niezobowiązujący film.

Fabuła adaptacji jest niezwykle prosta. Ot, mechanik i zdolny kierowca Tobey wchodzi w interesy z Dino, nowym chłopakiem swojej dawnej dziewczyny, ponieważ potrzebuje szybkiej gotówki. Oczywiście próba pojednania z wrogiem spala na panewce, sprawy idą źle, Tobey ląduje w więzieniu, a kiedy z niego wychodzi, pragnie tylko jednego – zemsty. Oczywiście ta nastapi podczas szalonego, nielegalnego, wręcz ekskluzywnego wyścigu.

Dużym plusem filmu jest to, że twórcy postawili na samochody – to one są punktem centralnym całej produkcji i nie ma co do tego wątpliwości. W przyjemności oglądania szybkich aut nie ma widzowi nic przeszkadzać – nawet trudno tu o jakiś większy wątek miłosny, wszystko poza brawurową jazdą zostaje w tle. Co ciekawe w tego typu produkcji, nie ma tu też zbyt wielu półnagich kobiet, które zawsze stanowiły pewien stały dodatek do wyścigów. Tutaj wręcz przeciwnie – mamy charyzmatyczną, wygadaną dziewczynę z Anglii, która zna się na samochodach jak mało kto. Niewątpliwie jest to interesujący zabieg oraz spora zaleta filmu, który bez zniesmaczenia mogą obejrzeć również fanki gry.

Do kwestii pozostawionych gdzieś daleko za widowiskowymi wyścigami zaliczyć należy przede wszystkim aktorstwo. Młodzi aktorzy niewiele sobą reprezentują, często też raczą nas drętwymi dialogami czy nieśmiesznymi żartami. Mimo to w filmie znajdziemy perełkę w postaci Michaela Keatona, który gra Monarcha – tajemniczego bogacza, organizującego prestiżowe, nielegalne wyścigi. Jego postać jest niezwykle charyzmatyczna i ogląda się ją z nieskrywaną przyjemnością. Na wyróżnienie zasługuje również Imogen Poots, która gra wspomnianą wygadaną dziewczynę z Anglii, Julię – zwykle bowiem twórcy filmów o szybkich samochodach raczą widza denerwującymi towarzyszkami bohaterów, jak chociażby w przypadku Wyścigu po życie czy Szybkich i wściekłych: Tokio Drift. Bohaterka Imogen Poots jest natomiast dość interesującą postacią, która jako jedyna wyróżnia się na tle reszty niemrawej, młodej obsady.

Tym, co jednak najbardziej psuje odbiór filmu, jest muzyka. Seria gier Need for Speed charakteryzuje się świetnymi soundtrackami, które tylko podsycają adrenalinę gracza. Po filmie Scotta Waugha można się więc było spodziewać ostrych, rockowych lub hip-hopowych rytmów, ewentualnie jakiejś elektroniki. Nic z tego. Muzyczne tło filmu stanowi patetyczna, orkiestrowa muzyka, która psuje każdą scenę, w której się pojawia. Nie budzi ani napięcia, ani miłych skojarzeń, nie buduje dramatyzmu, ani tym bardziej nie pasuje do niebezpiecznych, nielegalnych wyścigów samochodowych. Wszystkiego można się było spodziewać po Need for Speed, ale nie tego, że najsłabszym elementem będzie ścieżka dźwiękowa… Dobrze, że chociaż ryk silników w kinowych głośnikach nadal wywołuje gęsią skórkę.

Need for Speed gwarantuje niewymagającą rozrywkę i możliwość pooglądania naprawdę wyjątkowych samochodów. Niestety, filmowi brakuje trochę klimatu znanego fanom gier, lepszej obsady i przede wszystkim – muzyki, która wciągnie w ryzykowny świat wyścigów oraz sprawi, że widz zapomni o wszystkich niedociągnięciach. Film jest dobry na niezobowiązujące spotkanie ze znajomymi, ale nic więcej.


blog comments powered by Disqus