Przez koszmar do sukcesu

plakat filmu Przez koszmar do sukcesu

W Hollywood możliwe jest praktycznie wszystko. Można zacząć na samej górze, by skończyć dzieląc kawałek chodnika z miejscowymi pijaczkami. Istnieje jednak droga w odwrotną stronę. Podążył nią między innymi Wes Craven, który z reżysera horrorów o szczątkowym budżecie, stał się niejako wyrocznią w sprawach filmu grozy. Pozostaje kwestią dyskusyjną, czy wyszło to na dobre tworzonym przezeń obrazom, czy też ucierpiała ich jakość, lecz faktem jest, iż Craven to praktycznie synonim reżyserskiego „American dream”. Jego dwa pierwsze filmy grozy, Ostatni Dom po Lewej i Wzgórza Mają Oczy wywołały sporo poruszenia w celuloidowym światku, zarówno za sprawą kontrowersji, które wzbudziły, jak i wysokiego poziomu przewyższającego większość konkurencyjnych produkcji. Dostrzegli to producenci, którzy stworzyli Cravenowi warunki by mógł zrealizować obraz jeszcze lepszy niż te wymienione powyżej. Reżyser otrzymaną szansę wykorzystał idealnie, a okazał się nią Koszmar z Ulicy Wiązów. Stworzona wcześniej baza wiernych fanów kunsztu Wesa gwarantowała zainteresowanie filmem, lecz efekt końcowy przeszedł chyba najśmielsze oczekiwania samego twórcy, gdyż Nightmare... opanował w zawrotnym tempie USA, a później świat. Już sam tytuł igrał z wyobraźnią amerykańskiej publiczności. Elm Street (Ulica Wiązów) znajduje się w prawie każdym mieście i miasteczku w USA, tak więc Craven rozpoczynając tytułowy koszmar w Springfield, sprowadził go niechybnie do wielu domostw w całym kraju. To przecież mogło zdarzyć się wszędzie, prawda? Reżyser kolejny raz chciał pokazać, że "przemoc nie jest schludna i czysta, lecz tak naprawdę bardzo brudna" jak sam to określił. Film odniósł sukces finansowy o wiele większy niż poprzednie filmy Cravena razem wzięte. Główny anty-bohater filmu, Freddy Krueger, został entuzjastycznie przyjęty przez publikę, a dziennikarze tygodnika Newsweek okrzyknęli go "największym czarnym charakterem od czasu Dartha Vadera". Znakomita kreacja Roberta Englunda jako maniakalnego mordercy dopadającego ofiary w ich własnych snach przyczyniła się ogromnie do tryumfu Koszmaru... i uczyniła jego samego jedną z ikon horroru.

Omawiana tu pierwsza część serii (Koszmar... doczekał się już siedmiu sequeli i serialu telewizyjnego) traktuje o dziewczynie imieniem Nancy, która dręczona przez senne mary powoli oddala się od normalnego życia. Sytuacji nie polepsza fakt, iż jej szkolni przyjaciele również cierpią z tego samego powodu. Nie byłoby jednak w tym nic dziwnego, gdyby nie wspólny pierwiastek dla wszystkich tych snów - tajemniczy mężczyzna z oszpeconą poparzeniami twarzą wymachujący ostrzami przymocowanymi do dłoni. Rodzice dzieci nie widzą problemu nawet wtedy, gdy ich pociechy zaczynają ginąć w niewytłumaczalny i brutalny sposób. Nancy postanawia sama stawić czoła psychopatycznemu Freddy’emu, a przy okazji odkrywa tajemnicę pilnie strzeżoną przez rodziców ze Springfield.

Wszystkie te wydarzenia Craven serwuje nam niezwykle umiejętnie i tak jak bohaterowie filmu, nie potrafimy odróżnić jawy od snu, a Craven nie stara się nawet rysować dychotomicznej granicy między senną marą a rzeczywistością. Koszmary śnione przez Nancy i innych, nieprzerwanie nawiedzane przez Kruegera, są mieszanką strachu i absurdu, a osadzenie akcji we śnie tworzy nieograniczone wręcz możliwości.. Ich groteskowy charakter potęguje wspomniana już osoba Freddy’ego, którego makabryczne poczucie humoru i pomysłowość w eliminacji kolejnych nastolatków z Elm Street sprawia, że z fascynacją i lekkim niepokojem czekamy na każde jego kolejne pojawienie się, zadając sobie pytanie czy tym razem uda się bohaterom filmu uciec przed koszmarnym prześladowcą. Paradoksalnie, nie jest nam jednak smutno, gdy odpowiedź brzmi "nie", bo wiemy, że czeka na nas efektowny koniec którejś z postaci. Nie można bowiem odmówić uroku scenie, gdzie sam Johnny Deep zostaje połknięty i wypluty w kawałkach przez własne łózko. Niewiarygodne jak wpływa na człowieka odrobina czerwonej farby na ekranie.

Nightmare on Elm Street jest filmem, do którego warto wracać, a jest na to jeszcze siedem kolejnych szans i dwie następne w drodze. Czekajmy więc, a tymczasem… słodkich snów.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus