Wyprawa po przeciętność - recenzja filmu "Saga Wikingów"

Naciągane kino przygodowe w konwencji medieval fantasy jest już raczej domeną przedpołudniowych ramówek telewizyjnych. Próba przeszczepienia go na wielki ekran jest co najmniej ryzykowna i musi prowadzić do powstania mnożących się dziur - zwłaszcza, jeżeli w procesie produkcji zachowa się wszystkie wady i przewinienia niskobudżetowych, telewizyjnych pierwowzorów i nie zadba o wniesienie żadnej nowej jakości. Twórcy Sagi Wikingów obrali to sobie za punkt honoru. Mimo to trzeba rzetelnie przyznać, że producenci pieczołowicie sypią we wspomniane dziury pieniądze mierzone w kilogramach. Na pewnym etapie przestaje to jednak wystarczać.

Katastrofę drakkara przepełnionego banitami przeżyli tylko najbardziej nijacy, bądź najpełniej realizujący gatunkowe cliché wikingowie. Prosta sprawa – pojemniki lekkie i puste raczej unoszą się na wodzie. Na szkockiej plaży ląduje więc ekipa kartonowych ludzików, których podstawowe, a tym samym jedyne cechy osobowości ujawniają się w pierwszych minutach za pośrednictwem paru niewyszukanych dialogów. Na ich czele staje Asbjörn (Tom Hopper), który z powodzeniem mógłby wpisywać w rubryce "zawód" niskobudżetowy Chris Hemsworth. Grubymi nićmi szyta intryga, osnuta wokół walecznej księżniczki Inghean, wkrótce zmusza nieustraszonych nordyków do desperackiej ucieczki przez malownicze pola, wzgórza i wrzosowiska północnych Wysp Brytyjskich.

W roli ścigających występują (nie ustępujący protagonistom brakami charakterologicznymi mroczni wojownicy znani jako Wilcze Stado (sic! nie Wataha, a Stado). Czarne zbroje, motyw czaszki na hełmach, mało subtelny makijaż – najemnicy uzbrojeni są w pełen arsenał przynależnych antagonistom znaków rozpoznawczych. Przewodzi im Hjorr (Ed Skrein), którego zestaw niedorzecznych grymasów staje się ze sceny na scenę coraz bardziej śmieszny zamiast straszny. Reszta obsady na ogół daje sobie radę – dobór i gra aktorów tworzą obraz prosty, ale wiarygodny i spójny z gatunkowymi schematami.

Zaskakują zdjęcia. Plenery są bez wątpienia miłe dla oka, zaś sporej części filmu towarzyszy ciekawa, szara kolorystyka – szkoda, że zabrakło w tej dziedzinie konsekwencji. Rzecz jasna w scenach walki kamera wpada w epileptyczny szał półsekundowych ujęć, co nikogo już nie szokuje. Niektórzy ponoć nauczyli się nawet darzyć taką realizację sympatią.

Cały potencjał Sagi Wikingóna zostanie poprawną, całkiem rozrywkową (choć rzecz jasna banalną do granic dobrego smaku) przygodowo-akcyjniakową przystawką do popcornu, roztrwoniony zostaje przez scenariusz. Nie chodzi tu wcale o jego naiwną prostotę czy schematyczność – istnieje głębia banału, z którego nie da się już historii wyłowić, ale też nie ma po co, bowiem zanurzona w nim fabuła staje się na tyle zabawna, że nie musi już być ambitna. Pozostaje jednak zagadką, na co liczyli twórcy Sagi, kiedy skazali tytułowych wikingów na ciągłą ucieczkę przeplataną snuciem nudnych dialogów. Tym sposobem otrzymali film nie tylko kiepski, ale i przegadany. Sceny akcji opierają się głównie na mało efektownych pościgach. Kiedy już dochodzi do starć, nie są one aż tak dobre,aby zrekompensować godzinę obserwowania biegajacej po lesie bandy obdartusów oraz słuchania ich drętwych, czasem przynajmniej śmiesznych –rzecz jasna w sposób niezamierzony – rozmów. Jakby tego było mało, już i tak kulejący scenariusz strzela sobie w drugą stopę zwyczajnymi błędami technicznymi. Postaci wielokrotnie przypominają o tym samym wydarzeniu, twórcy posługują się deus ex machina lekko i bez polotu, jak przecinkiem.

Aby przyjąć podobny napór banału i gatunkowej prostoty oraz wyjść z takiej konfrontacji zwycięsko, niezbędna jest solidna filmowa konstrukcja. Tymczasem, choć Saga Wikingómoże nie jest licha jak bajkowa chatka ze słomy, to z pewnością bliżej jej do drugiego, drewnianego domku – który z pewnościąnie wytrzymuje ataku złego wilka. Nie wspominając już o całym Stadzie.


blog comments powered by Disqus